Śmigłowiec Straży Granicznej, który rozbił się na terytorium Białorusi jest tak zniszczony, że załoga nie miała szans przeżycia - powiedział na konferencji prasowej w Czeremsze wiceminister spraw wewnętrznych Adam Rapacki.
Rano wraz m.in. z komendantem głównym Straży Granicznej Leszkiem Elasem i wojewodą podlaskim Maciejem Żywno, Rapacki był na miejscu wypadku, w którym zginęły trzy osoby. Jak powiedział dziennikarzom, obecnie na miejscu pracuje białoruska grupa dochodzeniowo-śledcza z tamtejszym prokuratorem, a w drodze jest polska komisja badania wypadków lotniczych, która będzie współpracowała z białoruską.
"Trudno mówić o przyczynach" Wiceminister Rapacki powiedział, że o przyczynach wypadku trudno na razie mówić. Rodziny zmarłych zostały otoczone opieką psychologiczną, mają też dostać "wszelką niezbędną pomoc"
Śmigłowiec Kania należący do Podlaskiego Oddziału SG zaginął w sobotę przed godziną 18.00. Jego załoga wykonywała rutynowy lot patrolowy z Białegostoku do Mielnika. Wówczas to po raz ostatni nawiązano z nim łączność.
W katastrofie śmigłowca Podlaskiej Straży Granicznej zginęły trzy osoby. Wrak maszyny, która uległa wypadkowi wczoraj po południu, odnaleziono nad ranem po białoruskiej stronie granicy.
Jak przebiegała akcja poszukiwawcza śmigłowca? CZYTAJ>> Rzecznik prasowy podlaskiej straży pożarnej Marcin Janowski powiedział, że nikt z załogi nie ocalał. Na terytorium Białorusi weszli przedstawiciele polskiej SG i lekarz, który potwierdził zgon. Miejsce wypadku jeszcze trudno opisać; osoby które je widziały, były tam w nocy. Wiadomo jedynie, że śmigłowiec jest poważnie zniszczony.
Ponieważ maszyna rozbiła się 200 metrów od granicy po stronie białoruskiej - dochodzenie będzie prowadziła prokuratura z Brześcia. Rzecznik powiedział, że na razie jest zbyt wcześnie, by snuć przypuszczenia o przyczynie katastrofy. O okolicznościach wypadku i przebiegu akcji ratunkowej miejscowe władze poinformują najprawdopodobniej przed południem. Na razie komendanci polskiej i białoruskiej straży granicznej ustalają dalszy tryb postępowania.
Miał wszelkie dokumenty i badania Helikopter Kania podlaskiego oddziału Służby Granicznej zaginął wczoraj około 18-tej. Odbywał zwykły lot patrolowy z Białegostoku do Mielnika. Wrak maszyny odnaleziono nad ranem koło miejscowości Wyczółki niedaleko Klukowicz. Poszukiwania utrudniała gęsta mgła. W akcję zaangażowano około dwustu osób - pracowników Służby Granicznej, strażaków, policjantów, wojskowych, a także osoby cywilne, dobrze znające teren. Rzecznik Komendanta Głównego Straży Granicznej informował wczoraj, że śmigłowiec miał wszelkie dokumenty i badania, dopuszczające do lotu. Za sterami zasiadał pilot z 15 letnim stażem.
Słyszał śmigłowiec, a później huk Wiadomo, że poszukiwana maszyna wystartowała o godzinie 15.15 do patrolu wschodniej granicy. Ostatni kontakt ze śmigłowcem miała placówka straży granicznej w Mielniku. - Później przyszedł sygnał od jednego z mieszkańców Klukowicz. Słyszał śmigłowiec, a później huk. Po kilku godzinach okazało się jednak, że w opisywanej przez niego okolicy nie znaleziono helikoptera.
Na ślad wpadły ekipy poszukiwawcze, które w tym miejscu wyczuły zapach nafty lotniczej. Zawiadomiono białoruskie służby graniczne, które około dwustu metrów od linii granicznej odnalazły maszynę i - nie żyjących już - członków jej załogi.