Samolot z San Diego do Minneapolis nie wylądował na lotnisku do którego leciał. Piloci tłumaczą się, że się... zagadali. Na pokładzie było 147 pasażerów. Nic nie zauważyli.
Kontakt z pilotami samolotu linii Northwest Airlines urwał się. Maszyna była wtedy na wysokości 37 tysięcy stóp nad ziemią. Podniesiono alarm. Do lotu były gotowe dwa myśliwce. Istniało podejrzenie, że samolot został porwany - pisze serwis BBC. Wieża kontrolna straciła łączność z maszyną na godzinę przed jej planowanym lądowaniem. Samolot minął lotnisko i dopiero po kolejnych 16 minutach wylądował. 240 km od lotniska, na którym miał pierwotnie zakończyć lot.
To była gorąca dyskusja
Amerykański urząd lotnictwa wszczął śledztwo. Czarna skrzynka jest teraz badana w laboratorium w Waszyngtonie. Kapitan i załoga tłumaczą, że gorąco dyskutowali na temat... ich firmy. Rzecznik firmy zaprzeczył też, że piloci spali w czasie rejsu. Jeden z pasażerów Brent Bjorlin powiedział gazecie Minnesota Star Tribune, że nikt, kto był na pokładzie, nie zdawał sobie sprawy z zamieszania.