- Już na wrześniowym kongresie swojej partii
Jarosław Kaczyński zapowiadał powrót do władzy. Pozwalał sobie na triumfalistyczne zapowiedzi rychłej katastrofy Platformy. To pozwala sądzić, że koledzy z
PiS mieli jakąś wiedzę o tej sprawie. Był to skoordynowany atak obliczony na wywołanie z naszej strony ostrej obrony tych kolegów, którym te zarzuty postawiono - mówi Bronisław Komorowski dziennikowi "Polska".
To była kompromitacja - Ale to się nie udało, bo nawet w tak dramatycznym momencie, w chwili postawienia zarzutów osobom z twardego rdzenia Platformy, okazało się, że nasze standardy obowiązują wszystkich. Inspiratorzy tego ataku musieli się bardzo zdziwić, gdy nastąpiły tak szybkie autodymisje - dodaje marszałek Sejmu.
Według Komorowskiego PO zareagowała odważnie i zdecydowanie. - Ale oczywiście była to też kompromitacja, bo kompromitujące były ujawnione kontakty i znajomości niektórych naszych kolegów. Kompromitujący był język zarejestrowanych i ujawnionych rozmów.
Dziwne zachowanie CBA Nie wierzę w krasnoludki - mówi marszałek. Jego zdaniem o synchronizacji ataku na PO świadczy dawkowanie informacji i przecieków do prasy. - W podejrzeniach umacnia mnie również dziwne zachowanie CBA, które rozesłało swoje informacje o sprawie także do wicemarszałków Sejmu i Senatu. Wcześniej takie informacje trafiały tylko do organów konstytucyjnych. Sądzę więc, że nieprzypadkowo zwiększono liczbę osób, bo teraz trudniej będzie dojść do źródła przecieku.
Mariusz Kamiński wystąpił w roli złego polityka, a nie dobrego policjanta. Tak to widzę - podsumowuje Komorowski.