PiS też nie wprowadził dopłat. Dlaczego? ''Nie pamiętam''

Jeśli powstanie komisja śledcza, która będzie wyjaśniać aferę hazardową, będą musieli stanąć przed nią także politycy PiS i SLD - uważają politycy PO. Ich zdaniem branża hazardowa lobbowała również w poprzednich rządach.- Przychodzili do mnie lobbyści, ale nigdy nie uległam im naciskom - zapewnia w rozmowie z Gazeta.pl Zyta Gilowska, była minister finansów.
Pierwszy projekt ustawy o grach i zakładach wzajemnych powstał w 1992 r. 11 lat później kolejny rząd lewicy próbował jednak wysokimi opłatami opodatkować branżę hazardową. Zaproponował wówczas wprowadzenie wysokiego ryczałtu na automaty do gry - sięgającego nawet 200 euro od urządzenia. Gdy jednak projekt pojawił się w Sejmie, Sojusz nieoczekiwanie zmniejszył czterokrotnie podatek - do 50 euro.

Jerzy Jaskiernia, ówczesny szef klubu SLD przekonywał, że to po to, aby nie ograniczać wykonywania działalności gospodarczej: - Dlaczego miejscowość pięćdziesięciotysięczna ma być dyskryminowana w zakresie możliwości otwarcia salonu gry - przekonywał z sejmowej mównicy. Kilka tygodni później wybuchła afera - okazało się, że miał w tym interes: jego asystent społeczny Maciej Skórka wówczas był właścicielem sieci automatów do gry i lobbował za ograniczeniem podatku.

Gilowska: Dlaczego nie wprowadziliśmy dopłat? Nie pamiętam

Branża hazardowa nie odpuściła także wtedy, gdy kolejna ekipa - rząd PiS - próbowała zmienić tę samą ustawę. Zgodnie z pomysłem minister finansów Zyty Gilowskiej, właściciele automatów do gry mieli płacić specjalną sięgającą 10 proc. obrotów dopłatę. Pozyskane w ten sposób pieniądze miały wesprzeć budowę kompleksu Narodowego Centrum Sportu. Jednak w międzyczasie, w niewyjaśnionych okolicznościach, pomysł uległ zmianie: postanowiono, że zamiast specjalnej 10-procentowej dopłaty, podwyższony zostanie ryczałt od jednej maszyny o niskich wygranych (ze 125 euro do 180 euro). I to uchwalono w parlamencie.

Dlaczego więc tak drastycznie ograniczono projekt? - Dziś nie pamiętam - odpowiada krótko Gazecie.pl Zyta Gilowska, ówczesna minister finansów. Przyznaje, że zgłaszali się do niej lobbyści z branży hazardowej. - Nigdy jednak nie mieli wpływu na ostateczny kształt tej ustawy - mówi.

Przemysław Gosiewski, szef klubu PiS w opublikowanym dzisiaj oświadczeniu zapewnia z kolei, że rząd Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie zrezygnował z wprowadzenia 10-procentowej dopłaty, a wprowadzenie projektu uniemożliwiły wyłącznie wcześniejsze wybory parlamentarne. - Pomysł przez wiele miesięcy był konsultowany w gronie ministrów. Projekt nigdy nie stanął na posiedzeniu rządu - potwierdza Elżbieta Jakubiak, ówczesna minister sportu.

Według jednego z byłych ministrów w rządzie PiS, projektu 10-procentowych dopłat nigdy nie przesłano do Sejmu, bo uwagi często miał do niego Jarosław Kaczyński. - Nad tym projektem debatowano godzinami - wspomina.

Jarosław Kaczyński "instruował" ws. Totalizatora

Częściową odpowiedź na tę zagadkę być może przyniósł dziś Janusz Palikot, który na swoim blogu umieścił fragment artykułu z "Pulsu Biznesu" z kwietnia 2007 roku. Gazeta opisała wówczas spotkanie, na którym premier Jarosław Kaczyński w towarzystwie Przemysława Gosiewskiego i przedstawiciela Totalizatora Sportowego instruował wiceministra finansów Mariana Banasia, żeby zapisy były zgodne z życzeniami Totalizatora. "PB" zaznaczył, że Gosiewski w tym czasie był znajomym Grzegorza Maja, doradcy zarządu Totalizatora Sportowego do spraw nowelizacji.

- Jeśli powstanie komisja śledcza to będzie musiała wyjaśnić i te sprawy. I te za rządów SLD i PiS - twierdzi Waldy Dzikowski z Platformy. - Przed komisją powinny więc stanąć wszystkie osoby, które kiedykolwiek pracowały nad ustawą. Na pewno Kaczyński, Gilowska, Gosiewski, Jaskiernia - mówi.

- PO próbuje rozmyć odpowiedzialność za kształt ustawy. To oni są zamieszani w grubą aferę i ich sprawą przede wszystkim trzeba się zająć - mówi nam Beata Kempa z PiS.