W Dublinie zastrajkowali w piątek irlandzcy taksówkarze, blokując centrum miasta w proteście przeciwko liberalizacji zawodu i pogarszającym się warunkom pracy. Namawiają do głosowania przeciwko unijnemu Traktatowi z Lizbony w odbywającym się tego dnia referendum.
Fot. PETER MORRISON AP
Irlandia to jedyny kraj wśród 27 państw UE, w którym konstytucja wymaga przeprowadzenia referendum w sprawie nowego unijnego traktatu
"Nie dla Lizbony, nie dla deregulacji" nawołują plakaty porozwieszana na dublińskich ulicach. - Rok temu łatwo zarabiałem w tydzień 1500 euro, a w sam piątkowy wieczór 350 euro, dziś może ze 120 - narzeka Alan, 38-letni taksówkarz. Wyznaje, że wraz z recesją, która nawiedziła Irlandię, spadła liczba kursów, a zarobki zmniejszyły się o połowę. - Pięciu taksówkarzy popełniło w ostatnim czasie samobójstwo - dodaje.
Rada Irlandzkich Taksówkarzy, zrzeszająca 22 firmy taksówkowe, kolejny dzień zorganizowała w piątek protest w Dublinie przeciwko liberalizacji zawodu, która prowadzi ich zdaniem do nadmiaru taksówek. To zmniejsza zarobki, bo pracy nie wystarcza dla wszystkich. W samym Dublinie jest 6 tys. taksówek.
Protest taksówkarzy sparaliżował już w czwartek część stolicy Irlandii, kiedy 100 taksówek spoza Dublina zablokowało kilka ważnych ulic. W piątek służby miejskie zalecały kierowcom dalej omijać centrum Dublina oraz Dublin Port.
-W tym kraju, kiedy taksówkarze głosują "nie", to efekt wśród ludzi może być zupełnie przeciwny - mówi jeden z przechodniów. - Mają monopol i za wysokie ceny - dodaje.
Głosowanie w sprawie Traktatu z Lizbony kończy się o godzinie 23 czasu polskiego. Nie zapowiedziano exit polls, czyli sondaży z lokali wyborczych. Wyniki referendum mają być znane dopiero w sobotę po południu.