Ciało studentki znaleziono 14 września w podziemiach budynku mieszczącego uniwersyteckie labolatoria. Ciało ukryto pod podłogą. Wcześniej
policja bezskutecznie poszukiwała zaginionej.
Rodzina i przyjaciele Annie Le są w szoku: dziewczyna kilka dni temu miała wyjść za mąż.
Dziś, tuż przed ujawnieniem wyników sekcji, policja wypuściła z aresztu "pozostającego w kręgu zainteresowania" śledczych Raymonda Clarka, technika pracującego w laboratorium, gdzie znaleziono ciało studentki. - Nie został aresztowany, więc nie możemy go przetrzymywać - mówi telewizji ABC Joe Avery, rzecznik policji w New Haven, która prowadzi śledztwo. - Ciągle badamy zebrane od niego dowody - dodaje.
Śledczy zebrali już łącznie, w tym na miejscu zbrodni, ok. 150 śladów.
Clark odmawia komentarzy. - Mój klient będzie współpracował z władzami - mówi jego adwokat David Dworski. W laboratorium pracowali też siostra, szwagier i narzeczona Clarka. Żadne z nich nie pojawiło się dziś w pracy.
Media przy okazji śledztwa odkrywają interesujące związane z nimi wątki. Np. Jennifer Hromadka, narzeczona Clarka, zaprzeczyła w zeszłym roku na blogu, jakoby miał on przelotny romans w pracy. - Jest trochę naiwny i nie zawsze umie dobrze ocenić ludzi, ale dobry z niego facet - napisała.
Z kolei sąsiadka pary Felicia Diaz powiedziała ABC News, że w noc odkrycia ciała studentki Clark i Hromadka pośpiesznie opuścili mieszkanie. - Wyglądało to podejrzanie: jakby się nagle wyprowadzali. Mieli sporo bagażu - mówiła Diaz.
Clarkowi nie postawiono żadnych zarzutów. Policja bada też, czy w sprawę nie były zamieszane inne osoby, w tym studenci. - Być może dlatego nie aresztowali Clarka - żeby nie przestraszyło to innych studentów - komentuje dla ABC News Brad Garrett, były agent FBI.