Spośród 736 eurodeputowanych 382 głosowało za 53-letnim liderem centroprawicy, a 219 przeciw. Reszta nie stawiła się w Strasburgu, albo wstrzymała się od głosu.
Barroso, jedyny kandydat, został już zaaprobowany przez wszystkie 27 krajów członkowskich i jego ponowny wybór był pewny, ponieważ centroprawica stanowi główną siłę polityczną w europarlamencie.
Nowe kraje doceniają go za konsekwentną obronę dorobku rozszerzenia Unii Europejskiej i za walkę z protekcjonizmem w odpowiedzi na kryzys. - Nie wstydzę się dorobku mej KE, która dokonała konsolidacji po największym rozszerzeniu UE. Teraz czas na nowe ambicje! - obiecywał we wtorek Barroso. Podczas przesłuchań z eurodeputowanymi Barroso zapewnia, że podczas drugiej kadencji będzie mniej zależny od stolic największych państw UE.
Poliglota, z wykształcenia prawnik, były członek maoistowskiego ugrupowania uczestniczącego w rewolucji, która obaliła wojskową dyktaturę w Portugalii w 1974 roku, potem liberał, a w końcu (i do dziś) członek partii centroprawicowej, był zdecydowanym zwolennikiem zacieśnienia stosunków Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi.
Zieloni, lecz także socjaliści, zarzucają Portugalczykowi, że podczas pięcioletniego mandatu nie wypełniał traktatowych obowiązków KE jako inicjatora legislacyjnego. Zarzucają mu brak przywództwa UE, bierność podczas kryzysu finansowego i gospodarczego oraz ogólnie zbyt liberalną politykę KE.
Za jego kadencji - wskazują obrońcy Barroso - zaczęła rodzić się polityka energetyczna. Barroso z determinacją forsował zobowiązania UE do walki z ociepleniem klimatu, widząc w tym szansę na modernizację unijnej gospodarki. Na jego plus należy też odnotować walkę KE z kartelami i wielkimi korporacjami (
Microsoft). Nie zrealizował jednak składanych pięć lat temu zapowiedzi wzmocnienia potencjału militarnego Unii.