Dziennik.pl usunął stenogramy. "Rzecz bez precedensu"

mm, ga, tan
29.08.2009 , aktualizacja: 29.08.2009 14:06
A A A Drukuj
- Po raz pierwszy zdarza się, że autor i właściciel portalu usuwa dokumenty ze strony. To jest rzecz bez precedensu w praktyce sądowej - mówił wczoraj przed warszawskim sądem pełnomocnik Kaczmarków mec. Mieczysław Hebel. To fortel? - Odniesiemy się na piśmie - mówi "Gazecie Wyborczej" pełnomocnik Axel Springer.
Kopia artykułu, którą znaleźliśmy w wyszukiwarce google
Kopia artykułu, którą znaleźliśmy w wyszukiwarce google
To kolejna rozprawa w procesie, jaki małżeństwo Kaczmarków wytoczyło wydawnictwu Axel Springer za opublikowanie stenogramów ich podsłuchanych rozmów. "Dziennik" wciąż chce, by część pozwu została odrzucona, gdyż na stronie nie ma tych dokumentów.

"Gazeta Wyborcza" poprosiła pełnomocnika wydawnictwa Axel Springer o wyjaśnienia. Odniesiemy się do tego na piśmie - oświadczył mec. Artur Wdowczyk.

O sprawie pisaliśmy na początku sierpnia, gdy proces ruszył. Wówczas kopię stenogramów bez problemu znaleźliśmy w sieci. ZOBACZ>>

Kaczmarkowie za publikację domagają się przeprosin w mediach i 200 tysięcy złotych.

"Janusz! Kontratakuj!"

W maju "Dziennik" napisał, że "dotarł do stenogramów" rozmów Kaczmarków. Opublikował je na portalu dziennik.pl zaraz po tym, jak przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków zeznawała Honorata Kaczmarek. Według gazety, z zapisu rozmów, jakie latem 2007 r. podsłuchała ABW, ma wynikać, że "Honorata Kaczmarek udziela dokładnych instrukcji mężowi, jak ma się bronić przed zarzutami prokuratorów". Miała zakazać mu udzielania wywiadów i komentować, dlaczego został odwołany z funkcji ministra spraw wewnętrznych. "Janusz! Kontratakuj!" - miała powiedzieć mężowi, gdy ówczesny minister sprawiedliwości Zbogniew Ziobro wygłaszał zarzuty pod adresem Kaczmarka.

"Kolejna próba dyskredytacji"

Po opublikowaniu stenogramów Kaczmarkowie napisali, że to "kolejna próba dyskredytacji, a nawet swoista groźba i nacisk przed kolejnymi zeznaniami przed Sejmową Komisją Śledczą". Dodali, że "brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, że treści opublikowanych rozmów telefonicznych są prawdziwe i nie stanowią kolejnej manipulacji i prowokacji skierowanej przeciwko nam".

Zarazem Kaczmarkowie podkreślili, że publikacja rozmów uzyskanych w drodze czynności operacyjnych, opatrzonych klauzulą "ściśle tajne" stanowi tajemnicę państwową i w każdym wypadku stanowi przestępstwo, z czego wydawca oraz autor materiału prasowego musieli zdawać sobie sprawę. Zwrócili uwagę, że przed publikacją nikt z "Dziennika" się z nimi nie kontaktował. Już wtedy zapowiedzieli wytoczenie procesu za bezprawne - ich zdaniem - upublicznienie treści ich prywatnych rozmów. Zażądali od Axel Springer Polska - wydawcy "Dziennika" - przeprosin w kilku gazetach i po sto tysięcy zł dla każdego z małżonków.

Podziel się