Dyskalkulia to humbug. MEN jej nie uzna

Osoby, które mają problemy z liczeniem nie mają co liczyć na to, że zaświadczenie o dyskalkulii zwolni ich z obowiązkowej matury z matematyki. W przyszłym roku ten przedmiot na maturze będzie obowiązkowy. Sprawę opisuje "Rzeczpospolita".
Dyskalkulia to zaburzenia, które powoduje trudności w uczeniu się matematyki. Uczeń ma kłopoty z zapisywaniem działań i liczb. Uczeń rozumie treść zadania, wie jak je rozwiązać, ale zamiast 101 pisze np. 10001.

"Rzeczpospolita" opisuje, że Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej Ministerstwa Edukacji Narodowej chciało przeprowadzić ogólnopolskie badania, by sprawdzić, ilu uczniów dotyczy ten problem, i ewentualnie zaproponować im jakąś pomoc. Zaczęło tez sondować poradnie w kraju, aby sprawdzić, czy wydaja zaświadczenia o dyskalkulii i ile ich jest. Gdyby okazało się, że jest ich sporo można by pomyśleć o spacjalnych przywilejach dla "antymatematyków", np. takich jakie mają osoby z dysgrafia czy dysleksją (dają one uczniom prawo do dłuższego pisania testu i łagodniejszego oceniania błędów ortograficznych.

MEN jednak ukrócił tę inicjatywę. Zdaniem Ministerstwa "Dyskalkulia to humbug naukowy". - Pojęcie "dyskalkulia" zrodziło się w latach 30. XX wieku - uzasadnia na łamach gazety wiceminister edukacji prof. Zbigniew Marciniak - Przypuszczano, że jest takie miejsce w mózgu, w którym koncentrują się zdolności matematyczne i jego uszkodzenie powoduje wrodzoną niemożność nauczenia się matematyki. Ta teoria nie została nigdy potwierdzona - dodaje.

MEN już teraz zapowiada, że nie będzie łagodniej traktować maturzystów z dyskalkulią. - Żadne zaświadczenia o niej nie będą uwzględniane na maturze z matematyki. Nie przewidujemy też żadnych ulg z tego powodu na tym egzaminie - podkreśla wiceminister Marciniak.

Szacuje się, że dyskalkulię ma ok. 1 proc. populacji. Więcej w "Rzeczpospolitej"