Przed eurowyborami Libertas zamówił w agencji materiały wyborcze warte 25 tys. zł. - Działamy od ponad roku i jesteśmy niedużą firmą. To było dla nas naprawdę duże zamówienie. Musieliśmy się zadłużyć, bo nie mieliśmy takiej gotówki, a Libertasowi zależało na czasie. Bardzo nas poganiali, zdarzało się, że musieliśmy drukować materiały w nocy, żeby zdążyć na rano - mówi w rozmowie z radiem
TOK FM Marcin Grzegorzak, który w firmie zajmuje się promocją i reklamą.
Agencja wykonała zlecenie na czas, ale komitet wyborczy z zapłatą się nie spieszył. - Na początku naszej współpracy dostaliśmy pięć tysięcy złotych gotówką - za pierwszą partię materiałów. I to by było na tyle - relacjonuje Grzegorzak.
Wszystkie ulotki i plakaty zamawiał Michał Sroka zastępca przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej i to właśnie on zapłacił pierwszą ratę. - Niestety potem ciągle nas zbywał. A później jego telefon zamilkł. Próbowaliśmy skontaktować się z Libertasem różnymi drogami, ale to było ciągłe odbijanie piłeczki. Na rachunki telefoniczne wydałem ponad 600 zł. W biurze partii odbierały sekretarki i nigdy nie było nikogo odpowiedzialnego za zamówienia, albo słyszałem, że pan Sroka nie ma z tym nic wspólnego, albo byłem odsyłany do kolejnych ludzi, którzy moimi telefonami byli bardzo zdziwieni - żali się pracownik agencji.
Po Libertasie wszelki słuch zaginął Po wielu telefonach Post4Mat odzyskał co prawda część pieniędzy, ale - jak wynika z faktur wystawionych na KW Libertas - do zapłacenia pozostało jeszcze około 9 tys. zł. Od kilku tygodni telefony milczą. - A wysłane przez nas faktury wracają, bo "nie ma takiego adresata" - dodaje rozmówca reporterki TOK FM.
Rzeczywiście, pod warszawskim adresem ugrupowania jest teraz siedziba zagranicznego wydawnictwa. Bezskuteczne jest też dzwonienie pod podawane przez Libertas numery telefonów.
Dlatego firma Post4Mat zwróciła się o pomoc do śląskiej firmy windykacyjnej. - Do tej pory nie udało nam się nawiązać kontaktu z nikim z firmy, którą ponaglamy do zapłacenia należności. Listy wracają ze wszystkich wskazanych na fakturach adresów. Jeśli nie odzyskamy tych pieniędzy, to sprawa znajdzie finał w sądzie - informuje Krzysztof Gortat z kancelarii JJM Polska .