Kulisy misji Kaczyńskiego: "Na granicy ciśnięcia słuchawką"

jg
08.08.2009 , aktualizacja: 09.08.2009 17:32
A A A Drukuj
To miał być spokojny urlop w Juracie. Razem z żoną i bratem. Ale 7 sierpnia wieczorem do Juraty zatelefonował prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili - pisze "Dziennik" rekonstruując szczegóły zeszłorocznej misji prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji.
Lech Kaczyński przemawia na wiecu w Tbilisi
Fot. Robert Kowalewski / AG
Lech Kaczyński przemawia na wiecu w Tbilisi
Po rozmowie z Saakaszwilim prezydent, przekonany, że wojna rosyjsko-gruzińska wisi na włosku przerwał urlop i wrócił do Warszawy. Do walk doszło po kilkunastu godzinach.

Jak pisze "Dziennik" jeszcze w Juracie 8 sierpnia Kaczyński polecił swojej kancelarii wydanie ostrego komunikatu: "Prezydent uważa za niedopuszczalne jakiekolwiek wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Gruzji". 9 sierpnia współpracownicy prezydenta z politykami z państw nadbałtyckich ustalali treść deklaracji politycznej popierającej Gruzję. W odezwie były mocne słowa: "Unia Europejska i NATO muszą przejąć inicjatywę i sprzeciwić się szerzeniu imperialistycznej i rewizjonistycznej polityki na wschodzie Europy". Podpisania odezwy, która ostro atakowała Kreml odmówił czeski prezydent Vaclav Klaus.

Na granicy ciśnięcia słuchawką

Polski prezydent próbował przekonać do poparcia Tbilisi Nicolasa Sarkozy'ego, prezydenta Francji, która przewodziła wtedy Unii Europejskiej. Po rozmowie telefonicznej, do której doszło 10 sierpnia okazało się, że stanowiska Kaczyńskiego i Sarkozy'ego są różne. "Dziennik" cytuje jednego ze współpracowników Lecha Kaczyńskiego: "Polski prezydent mówił do słuchawki, że trzeba bronić Gruzinów. Przekonywał nawet, że Unia powinna wysłać na Kaukaz siły pokojowe. Jednak Sarkozy twardo odpowiadał, że winny całej rozróby jest Saakaszwili, bo to on zaczął strzelać".

"Kaczyński ripostował, że to nie jest dobry czas na rozstrzyganie, po czyjej stronie jest wina. Jeden mówił swoje, drugi swoje" - opowiada informator "Dziennika". Polski prezydent nie odpuszczał: "Jeśli stracimy Gruzję, stracimy cały region". Sarkozy jakby nie słuchał: "Nie martw się. Ja to sam załatwię. Winny jest Saakaszwili. On wywołał reakcję Rosjan".

"Rozmowa była na granicy ciśnięcia słuchawką. Sarkozy przekonywał Kaczyńskiego, by ten nie mieszał się do konfliktu. Kaczyński bał się, że Francuzi i Niemcy, najsilniejsze państwa w UE, dogadają się z Rosją i sprzedadzą interesy naszego sojusznika" - mówi "Dziennikowi" informator z pałacu.

12 sierpnia do Gruzji wspólnie z Kaczyńskim polecieli prezydenci Litwy, Estonii, premier Łotwy, oraz prezydent Ukrainy. W tym czasie prezydent Sarkozy wybrał się z wizytą do Moskwy. Jako przywódca UE chciał wynegocjować na Kremlu zawieszenie broni między Gruzją a Rosją.

Wyścig do Tbilisi

Do Lecha Kaczyńskiego doszły informacje, że w planie Sarkozy'ego nie ma mowy o "terytorialnej integralności Gruzji". Polski prezydent wnioskując, że brak takiego punktu może doprowadzić do pozbawienia Gruzji Osetii Południowej i Abchazji chciał namówić Saakaszwilego, by nie przyjął takich warunków. Żeby skutecznie przekonać prezydenta Gruzji musiał jednak dostać się do Tbilisi wcześniej niż Sarkozy. Tymczasem prezydent Francji leciał do gruzińskiej stolicy bezpośrednio z Moskwy i to w asyście rosyjskich myśliwców, a polski samolot z prezydentami państw nadbałtyckich miał ze względów bezpieczeństwa lądować w Azerbejdżanie. Urzędnicy prezydenta, a potem sam Lech Kaczyński naciskali na pilota i dowództwo, by zmienili plany i samolot poleciał bezpośrednio do Tbilisi. Prezydent miał nawet mówić "Zrobię rozpierduchę na skalę międzynarodową, jeśli nie polecimy". Ostatecznie do lądowania w Tbilisi nie doszło.

Zanim Kaczyński dojechał do Tbilisi chciał umówić spotkanie z Sarkozym, jednak ten odmówił.

Dziwna sytuacja na wiecu

Gdy polski prezydent dotarł do stolicy Gruzji nie było szans na dyplomatyczne rozmowy, bo pierwszym punktem programu był wiec. Wystąpienie Kaczyńskiego było najbardziej ostre spośród mów wygłoszonych przez towarzyszących mu prezydentów innych państw. Jak pisze "Dziennik" w czasie wiecu doszło do dziwnej sytuacji. Okazało się, że Saakaszwili zniknął i jego sojusznicy zostali sami na schodach parlamentu, skąd przemawiali. Gruziński prezydent najprawdopodobniej rozmawiał w tym czasie z Sarkozym.

Po zakończeniu wiecu Kaczyński i reszta delegacji zostali zaprowadzeni do budynku parlamentu. Doszło tam do kolejnej niecodziennej sytuacji. Trzej prezydenci i premier oraz ich dyplomatyczne otoczenie stali przez blisko pół godziny w dużej sali. Prowadzili z dziennikarzami luźne rozmowy, czekali na to, co będzie dalej. Jednak organizatorzy byli tak samo zdezorientowani.

Jak wynika z relacji "Dziennika" Kaczyński albo wiedział, albo się domyślał, że Saakaszwili ulegał namowom Sarkozy'ego. Kiedy gruziński prezydent przeszedł w końcu do przywódców z Europy Środkowej i Wschodniej, Kaczyński poprosił go na stronę. "Wyglądało to nieco komicznie, bo niewielki wzrostem Kaczyński rugał ogromnego jak niedźwiedź Saakaszwilego. Musiały paść ostre słowa, bo Kaczyński nie chciał przy rozmowie tłumaczki. O pomoc poprosił Kownackiego" - mówi urzędnik pałacu.

Prezydent demonstruje niezadowolenie

Jak relacjonuje "Dziennik" podczas kolacji prezydent Kaczyński demonstrował swoje niezadowolenie. Był niemiły, brzęczał sztućcami, głośno odstawiał talerze. "Nie denerwuj się" - próbował go uspokajać Saakaszwili. Tłumaczył, że nie miał wyjścia. Sarkozy miał go zapytać, czy woli podpisać porozumienie, czy woli rosyjskie czołgi w Tbilisi.

Więcej w artykule ''Dziennika''

Podziel się

  • 1