W dniu zeznań przed komisją śledczą żony Janusza Kaczmarka,
"Dziennik" opublikował stenogramy jej rozmów podsłuchanych przez ABW. W artykule "Żona do Kaczmarka: Przestań kłamać!" Dziennik.pl opublikował skany dokumentów. - Wyłania się z nich obraz kobiety zdecydowanej, która w ostrych słowach poucza męża jak ma się bronić przed atakami prokuratury i Zbigniewa Ziobro - pisał o dokumentach "Dziennik".
Za publikację Kaczmarkowie domagają się przeprosin w mediach i 200 tysięcy złotych.
Prawnik "Dziennika": To proces istotny z punktu widzenia granic wolności słowa Pozwane wydawnictwo Axel Springer Polska wnosi o oddalenie powództwa. Mecenas Artur Wdowczyk przekonywał przed sądem, że opublikowane rozmowy nie miały charakteru prywatnego, bo "dotyczyły strategii postępowania wobec działań organów państwa". Sam proces uznał on za istotny z punktu widzenia granic wolności słowa i prawa do prywatności osób publicznych. Jego zdaniem, Kaczmarkowie nie mogą się domagać ochrony prawnej za ujawnienie tych rozmów.
Prawnik "Dziennika": Nie znalazłem takiej publikacji. Nie ma dowodu Następnie mecenas Wdowczyk zażądał oddalenia już obecnie powództwa Kaczmarków w części dotyczącej opublikowania stenogramów na portalu dziennik.pl, bo - jak oświadczył - nie znalazł tam takiej publikacji. Mając w ręku wydruk z internetu stwierdził, że "żadnym problemem jest wykonanie takiego wydruku i 'wlanie' dowolnej treści w format dowolnej strony internetowej". Oświadczył, że wydruk przedłożony przez Kaczmarków nie jest poświadczony notarialnie i dlatego nie spełnia wymogów formalnych.
- Wniosłem o wydanie wyroku częściowego. Reprezentant Kaczmarka nie udowodnił w wiarygodny sposób istnienia takiej publikacji na portalu dziennik.pl - powiedział nam prawnik. Wdowczyk przypomniał w tym miejscu artykuł 6 kodeksu cywilnego, który brzmi: "Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne".
Tekst zniknął ze stron "Dziennika"? Rzeczywiście, w archiwum portalu dziennik.pl nie ma już tekstu o stenogramach z podsłuchów. Linki, które prowadziły do niego z innych artykułów zostały, ale klikając w nie użytkownik zostaje przekierowany na główną stronę portalu "Dziennika". Jednak całość można łatwo znaleźć... w googlach. Wyszukiwarka internetowa zachowuje bowiem kopie zarejestrowanych przez siebie stron. Tam jest "zniknięty" artykuł i stenogramy. Próbowaliśmy zdobyć komentarz rzeczniczki wydawnictwa i naczelnego "Dziennika". Niestety nie byli osiągalni.
Tu jest kopia artykułu "Janusz! Kontratakuj!" W maju "Dziennik" napisał, że "dotarł do stenogramów" rozmów Kaczmarków. Opublikował je na portalu dziennik.pl zaraz po tym, jak przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków zeznawała Honorata Kaczmarek. Według gazety, z zapisu rozmów, jakie latem 2007 r. podsłuchała
ABW, ma wynikać, że "Honorata Kaczmarek udziela dokładnych instrukcji mężowi, jak ma się bronić przed zarzutami prokuratorów". Miała zakazać mu udzielania wywiadów i komentować, dlaczego został odwołany z funkcji ministra spraw wewnętrznych. "Janusz! Kontratakuj!" - miała powiedzieć mężowi, gdy ówczesny minister sprawiedliwości
Zbigniew Ziobro wygłaszał zarzuty pod adresem Kaczmarka.
Adnotacja "ściśle tajne" przekreślona Widniejąca na stenogramach adnotacja "ściśle tajne" jest przekreślona i opatrzona pieczęcią Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Wiadomo, że z niektórych stenogramów zdjęto klauzule na potrzeby głośnej konferencji prasowej z sierpnia 2007 r., gdy wiceprokurator generalny Jerzy Engelking przedstawiał powody zatrzymania Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego i Jaromira Neztla - podejrzanych o utrudnianie wyjaśniania przecieku z akcji CBA w resorcie rolnictwa i fałszywe zeznania.
"Kolejna próba dyskredytacji" Po opublikowaniu stenogramów Kaczmarkowie napisali, że to "kolejna próba dyskredytacji, a nawet swoista groźba i nacisk przed kolejnymi zeznaniami przed Sejmową Komisją Śledczą". Dodali, że "brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, że treści opublikowanych rozmów telefonicznych są prawdziwe i nie stanowią kolejnej manipulacji i prowokacji skierowanej przeciwko nam".
Zarazem Kaczmarkowie podkreślili, że publikacja rozmów uzyskanych w drodze czynności operacyjnych, opatrzonych klauzulą "ściśle tajne" stanowi tajemnicę państwową i w każdym wypadku stanowi przestępstwo, z czego wydawca oraz autor materiału prasowego musieli zdawać sobie sprawę. Zwrócili uwagę, że przed publikacją nikt z "Dziennika" się z nimi nie kontaktował. Już wtedy zapowiedzieli wytoczenie procesu za bezprawne - ich zdaniem - upublicznienie treści ich prywatnych rozmów. Zażądali od Axel Springer Polska - wydawcy "Dziennika" - przeprosin w kilku gazetach i po sto tysięcy zł dla każdego z małżonków.