11 osób, w tym pięcioro dzieci zginęło w eksplozji przydrożnej bomby w Afganistanie. Ładunek wybuchowy rozerwał pojazd, którym grupa pielgrzymów jechała do świętego miejsca w Spin Boldak w prowincji Kandahar, kilka kilometrów od granicy z Pakistanem.
Fot. SHAMIL ZHUMATOV REUTERS
Amerykański śmigłowiec nad górami w prowincji Wardak
W zamachu zginęły trzy kobiety, trzech mężczyzn i piątka małych dzieci. Nikt nie przyznał się do ataku, ale afgańskie służby bezpieczeństwa zrzuciły winę na "wrogów państwa" - zwrot odnoszący się zwyczajowo do talibów.
Celem ataku były prawdopodobnie siły przygranicznej policji afgańskiej. Niedaleko miejsca wybuchu znajduje się posterunek tych jednostek.
Przydrożne bomby to jedna z najgroźniejszych broni w walce partyzantów z wojskiem afgańskim i siłami międzynarodowej koalicji.
Częste i krwawe ataki talibów w tym roku zmusiły Stany Zjednoczone do wysłania dodatkowych 21 tysięcy żołnierzy w celu opanowania sytuacji w kraju. Z niezależnej strony internetowej icasualties.org, która wylicza straty militarne w Iraku i Afganistanie, wynika, że lipiec był najkrwawszym miesiącem dla wojsk koalicji w walce z talibami. W ciągu zaledwie 17 dni zginęło 47 żołnierzy.
Ponad 4 tysiące amerykańskich marines i 3 tysiące brytyjskich wojskowych bierze udział w ofensywie przeciwko talibom w prowincji Helmand na południu Afganistanu. Celem tej potężnej operacji jest ustabilizowanie sytuacji w regionie, który do tej pory był bastionem talibów. Żołnierze chcą złamać rebeliantów przed wyborami lokalnymi i prezydenckimiw Afganistanie, zaplanowanymi na 20 sierpnia.