Jego pierwszą ofiarą, jeszcze w szkole średniej, była koleżanka, o której chodziła plotka, że prowadzi się zbyt swobodnie. Wysłał do niej list w którym groził, że rozpowszechni tę wiedzę. Blefował też, że wklei jej zdjęcie do pornograficznych fotografii i udostepni w internecie. Poskutkowało.
Zarobił pierwsze 200 zł.
I wójta i plebana
Zachęcony powtarzał swój numer z kolejnymi osobami, łowił głównie tych, o których się w tym małym środowisku mówiło. - Przez lata działalności miał na swojej liście biznesmenów, lekarzy, sklepikarzy, wójtów, sołtysów, a także księży. Lokalnych bohaterów plotek- mówi Marek Korzonek z policji w Krakowie. Zwykle dotyczyło to spraw obyczajowych czy nadużyć finansowych.
Rosła też stawka. Oszust doszedł do 5 tys. zł., choć wciąż opierał się na zasłyszanych informacjach. Można o nim mówić bardziej oszust niż bandyta, choć zdarzały mu się poważniejsze groźby. Wiadomo, że tylko raz groził pewnemu sklepikarzowi, że pobije jego córkę.
Mistrz lokalnego blefu
Nie wiadomo ile udało mu się przez lata nazbierać. - Zatrzymany nie potrafi tego powiedzieć. Trwało to wiele lat, a i ofiar było bardzo dużo. - Żył wiarą, że nie ma szansy wpaść - mówi policjant.
- 99 proc. jego wiedzy to był blef. Nie miał żadnych kompromitujących materiałów - mówi Katarzyna Cisło z zespołu prasowego małopolskiej policji. - Każdy coś tam ma na sumieniu, więc woleli płacić, bo sumy były do przełknięcia - dodaje.
Każdy ma coś na sumieniu
Nie wszyscy jednak szybko sięgali do kieszeni. - Od pewnego czasu mieliśmy informacje, że takie listy pojawiają się. Próbowaliśmy go namierzyć poprzez analizę połączeń telefonicznych z tamtego rejonu oraz obserwację miejsca złożenia okupu - mówi Korzonek.
Student wpadł w zasadzkę, kiedy próbował odebrać pieniądze od jednego z szantażowanych. Po zatrzymaniu tłumaczył, że wpadł na taki sposób zarobku, bo "każdy boi się kompromitacji i każdy ma coś na sumieniu". Grozi mu do trzech lat więzienia.