Nie zawiodła formacja, której występ zamknął tą edycję festiwalu - brytyjska grupa
The Prodigy. Najnowsze utwory i wielkie
przeboje sprzed lat, wykonane w niezwykle energetyczny sposób spowodowały, że mimo późnej pory i zmęczenia czterema nocami festiwalu, publiczność bawiła się pod sceną znakomicie.
Wszyscy patrzą na perkusistę Nadszarpniętą kilkoma ostatnimi występami w Polsce reputację z nawiązka poprawiła formacja Placebo. Ratunkiem dla zespołu okazała się zmiana perkusisty - Steve Forrest, młodszy o dekadę od kolegów z grupy, okazał się katalizatorem niezwykłej energii. Jego punkowy sposób grania, jego porywające solówki, a na dodatek jego pokryte niemal w całości tatuażami ciało, wzbudzały zachwyt publiczności. Zachwyt budził także repertuar tego koncertu, w którym obok najciekawszych fragmentów najnowszej płyty nie zabrakło wielkich przebojów sprzed lat.
Świetnie wypadła formacja The Tings Tings, która bawiła publiczność swoimi niezwykle popularnymi utworami, w tym m.in. piosenką "That's Not My Name", ale także niezwykłymi pomysłami w rodzaju wplecenia w swój występ setu dj-skiego, opartego na wielkich dyskotekowych przebojach z lat 80-tych.
KOL najsłabiej? Co najwyżej poprawny okazał się natomiast występ typowanej na największą gwiazdę imprezy amerykańskiej grupy Kings Of Leon. Były wszystkie najważniejsze utwory, było dobre, rockowe rzemiosło, ale jakby trochę zabrakło czegoś, co sprawiłoby, że ten koncert stałby się niezwykłym wydarzeniem.
Nie zawiodły natomiast gwiazdy sceny World: portugalska formacja Buraka Som Sistema i nowojorska wokalistka Santigold. Nie zawiedli też rodzimi wykonawcy, z grupą Kumka Olik na czele.
Kolejna edycja Open'era przeszła do historii. Nie ma wątpliwości - zakończyła się w bardzo mocny sposób, który w pamięci wszystkich uczestników z pewnością pozostanie na długo.
Tegoroczny Open'er odbył się w dniach 2-5 lipca, uczestniczyła w nim rekordowa ilość, 60 tys. widzów, z czego sporą cześć stanowili goście z zagranicy.
Polecamy - wszystko o Heineken Music Open'er Festival