Wiadomości >  Archiwum

"Jan Kokot" Wojciecha Prażmowskiego

Wojciech Prażmowowski, wysłuchała Izabela Prcyk-Lewandowska, Gazeta.pl
19.06.2009 14:38
A A A Drukuj
Powinienem tak zareagować: Bleee, nieee...Taka kiedyś była sytuacja w 1992 roku w Huston - spotkaliśmy się po raz pierwszy z Flor Garduńo, słynną meksykańską artystką. Bardzo przypadliśmy sobie do gustu, to fantastyczna postać, z genialnymi fotografiami, pełna żywiołu. Świętowaliśmy w Huston nasze fotografie, była tam jej potężna wystawa, moja potężna wystawa. I bardzo szybko postanowiliśmy, ze musimy się nawzajem wymienić fotografiami. Flor wyciąga całą teczkę i mówi: Wybierz. Parę ruchów i zobaczyłem słynną fotografię meksykańskiej dziewczyny z iguanami. To klasyka. I od razu mówię "To!". A ona na to "Łee...". Ale za chwilę Flor wybiera moje zdjęcie. Pach, pach, pach "To!". Ja mówię "Łee...".


Zdjęcie powstało w 1979 roku. Jest moim wcześniejszym wyobrażeniem, projekcją tego, jaka fotografia mi się marzyła. Ja bardzo chciałem być artystą. Skończyłem Technikum Leśne, ale porzuciłem leśnictwo. Piękny fach, leśniczówka, ale zobaczyłem fotografię Richarda Avedona. Bardzo niepozorną: Truman Capote nad Kansas City, na tle panoramy miasta. I zamarzyło mi się być drugim Avedonem. Właśnie ta fotografia, nie wiem z jakich powodów, zaczarowała mnie. Wtedy, ku rozpaczy mojego ojca (a miałem wtedy 20 lat), rzuciłem las i posadę. To był rok 1968.


Jan Kokot Fot. Wojciech Prażmowski

To zdjęcie wiąże się też, i teraz mogę o tym mówić, z odpowiedzialnością. Istnieje odpowiedzialność za to, co się fotografuje. Robimy, wieszamy na ścianie, jest jakaś wystawa, poklepywanie po plecach, wernisaże... Potem przychodzą ludzie, oglądają, zastanawiają się, dywagują, biorą to do siebie, przeżywają, myślą...

Musiałem się wszystkiego sam nauczyć

Ja, uciekając z lasu i przyjmując posadę laboranta, musiałem sprostać temu postanowieniu. Nie mogłem zawieść. W 1979 roku minęło 10 lat od mojej decyzji o fotografowaniu. Już się wydawało, że powinienem mieć w jakiś sposób skrystalizowane poglądy. A musiałem się wszystkiego sam nauczyć, bo nie było szkół. To co mnie jeszcze dopingowało i było jednocześnie balastem to fakt, że dostałem się do Związku Polskich Artystów Fotografików w 1976 roku. To było wówczas wielkie wydarzenie, szczyt marzeń. W tym gronie był Edward Hartwig, Marian i Witold Dederkowie, Zofia Rydel... Oni stali się moimi kolegami.

7 lat pokory

Taka fotografia jak ta gdzieś mi się marzyła, z taką aurą, klimatem, takim światem. Czekałem na tę pierwszą, wyśnioną, fantastyczną fotografię. I ona nagle powstała. Pamiętam mój okrzyk jak wybiegłem z ciemni "Jest! Nareszcie jest! Jestem mistrzem świata!". I już wiedziałem, jakie będę robił fotografie. Potem pojawiło się drugie, trzecie, piąte zdjęcie, ale musiały wylądować w koszu, ponieważ tak wysoko sobie postawiłem poprzeczkę, że nie mogłem jej przeskoczyć. Stało się tak, że ta fotografia była moją radością, a z drugiej strony jakimś fatum zmuszającym do czekania.

Pobiegnę do przodu. Czekałem przez 7 lat na koleje fotografie. I to jest właśnie o pokorze. Czas niezwykły, w którym trzeba było pokornieć. Oczywiście było mnóstwo zwątpień i momenty zastanawiania się, czy w ogóle mogę być artystą, czy zrezygnować. Pojawiły się przemyśliwania, czy aby nie zająć się fotografią użytkową - teraz nazywa się to "komercyjną".

Wymarzone fotografie

Z drugiej strony nie można odrywać tych lat od tego, co się działo na świecie i jak życie biegło. Przecież był 80 rok. Tu euforia czasu Solidarności, potem gorsze czasy stanu wojennego, ale znowu czasy świetne i cudowne, bo w 1980 roku na świat przyszły moje dwie córki. Tych punktów optymistycznych, które wyzwalałyby inwencję i energię było niezbyt dużo i trzeba było się z tym samemu uporać. Około 1986 roku Marek Grygiel, wówczas prowadzący Małą Galerię, zaprosił mnie, bym zrobił jakąś wystawę, parę fotografii. Powiedziałem, że dobrze, że może coś należałoby zrobić. Wtedy powstał "Album rodzinny". To był moment, w którym wykonałem ostatni rzut na taśmę. Wtedy pojawiły się wymarzone, wyczekane fotografie, które dołączyły do pierwszego zdjęcia po 7 latach. Ta fotografia zawsze będzie lekcją pokory i wytrwałości.

Jan Kokot z wyrazistym fizis

Fotografia, którą oglądamy, składa się z trzech warstw. Dużo eksperymentowałem. Pojedynczy obraz mi nie wystarczał, chciałem w zdjęciach zawrzeć także swoje światy. Metodą na to okazało się nakładanie negatywów na siebie, tworzenie montaży. Z natury jestem duchem niespokojnym i ciągle mnie pcha w jakieś fotograficzne uliczki. Istotny był też czas, o którym wspomniałem. Pod koniec lat 70-tych było już widać całkowitą degrengoladę, rozpad i apatię. Z drugiej strony tu są zawarte marzenia i moje wyobrażenia o tym co trzeba pamiętać, co nie może ulec destrukcji, nie może być zniszczone ani ulec zatraceniu.

Rozbierzmy to na warstwy. Pierwsza fotografia to portret mężczyzny. Nie jest tajemnicą, że to jest Jan Kokot, mój ówczesny student (wówczas pracowałem w Częstochowie w Wyższej Szkole Pedagogicznej). Prowadziłem zajęcia z portretu. No i Jan, o bardzo wyrazistym fizis, wszystkim nam pozował. Tutaj widać, że miał posturę niezwykle silną, bardzo zdecydowaną. Stoi z lekko uniesioną głową, po zdjęciu czuć siłę i stanowczość.

Zamki Mariana Michalika

Druga warstwa to są te zamki, baszty, które są reprodukcją malarstwa Mariana Michalika, wybitnego, niestety nieżyjącego już artysty. Mieliśmy taką dżentelmeńską umowę: będę fotografował jego obrazy, on będzie dysponował odbitkami, a ja będę mógł wykorzystywać negatywy w swojej fotografii. Ten zamek był bardzo istotny na moim zdjęciu. Był jakby wpisany w postawę Janka.

Mówili, że nadaję się do szpitala "nieco zamkniętego"

Trzeci element to jest ta materia destrukcyjna, te liszaje. Z destruktami to osobna i osobliwa historia. Od 1971 roku zbierałem fotografie zepsute, zniszczone. W ciemni wywoływacz i utrwalacz potrafią zrobić coś takiego ze zdjęciem. Zniszczone zdjęcia mają swoją magię. Niektóre oczywiście nadają się do kosza, ale na niektórych w czasie procesu wywoływania, gdzie nieraz przedłuży się czas naświetlania, albo coś się popsuje, pojawiają się tajemnicze obrazy. Więc, co ładniejsze, zepsute, ale nieraz magiczne obrazy, suszyłem i chowałem do worka. Tych worków na koniec było siedem. I ja z tymi siedmioma workami wędrowałem, przenosiłem się, kiedy zmieniałem potem pracownie. Przyjaciele mówili, że to nadaje się do szpitala "nieco zamkniętego". Nie znałem przyczyn, dlaczego zbierałem zniszczone zdjęcia od tylu lat. Po raz pierwszy wykorzystałem je właśnie przy tej fotografii. Zreprodukowałem jedno ze zdjęć, złożyłem jako trzeci negatyw.

Przy tej fotografii (potem zrobiłem z tego moją metodę), nie ma żadnych przesunięć, żadnych targów ani kompromisów. Biorę negatyw 6 na 7 cm, mam w pamięci, że do niego pasuje zdjęcie, które robiłem już gdzieś indziej, czasem wiele lat wcześniej. Sięgam w mój bałagan z negatywami, przykładam i jest! Pasuje! Nie ma: milimetr w prawo czy lewo. Wszystko musi pasować. Albo jest albo nie ma. Albo istnieje albo nie istnieje.

Może czegoś nie wiedziałem

To było odważne jak na tamte czasy. I tutaj między innymi tkwiła przeszkoda, niemożność wykonania następnej fotografii. Być może przeskoczyłem do przodu sam siebie i jeszcze nie potrafiłem tego nazwać. Nie ukrywam, zrobiłem coś, a przy następnych zdjęciach zabrakło mi odwagi. Robiłem potem ugrzecznione obrazki, które zupełnie nie przystawały do tego zdjęcia. Może rzeczywiście ja jeszcze czegoś nie wiedziałem. Nie byłem w tym miejscu, w którym powinienem być, a w którym zjawiłem się dopiero po 6 czy 7 latach.

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX