"Czas Apokalipsy" Chrisa Niedenthala

19.06.2009 14:14
Fatum tego zdjęcia wisi nade mną pewnie tylko dlatego, że udało mi się je zrobić. Po prostu. Dla mnie cały stan wojenny jest w tym jednym zdjęciu. Ale wtedy nie miałem pojęcia, że robię coś aż tak ważnego, ikonę dla Polaków - opowiada Chris Niedenthal o zdjęciu "Czas Apokalipsy".
Człowiek jest zdenerwowany, wystraszony, zziębnięty - ale i spocony ze strachu - i spieszy się. Koniecznie chce coś zrobić, bo musi coś zrobić. Nie zastanawia się wtedy, czym stanie się to jedno zdjęcie. Tym bardziej, że ta akurat fotografia zaistniała dla mnie znacznie później.

Robiłem ją dla "Newsweeka" i "Newsweek" wydrukował ją w małej, czarno-białej wersji z obciętą nazwą "Kino Moskwa". Nie zaistniała jako duża ani ważna. W "Newsweeku" prawdopodobnie nie poznali się na jej symbolizmie. Ja, przez to, że kontakt ze światem został odcięty, nie byłem w stanie przekazać, o co chodzi w tym zdjęciu. Dla nas jest to oczywiste. Dla nich mniej, bo przecież Amerykanin nie odczyta polskich słów ''Czas Apokalipsy".


Czas Apokalipsy. Taką wersję zdjęcia, bez widocznego szyldu Kino Moskwa, opublikował Newsweek w 1981 r. Fot. Chris Niedenthal/FORUM

Czułem, że to musi być dobre zdjęcie

Jechałem ulicą Rakowiecką w stronę Puławskiej i, gdy zauważyłem, co dzieje się przede mną, zacząłem fotografować jeszcze z samochodu. Widziałem Kino Moskwa i afisz "Czas Apokalipsy" pod nazwą kina. Wtedy jeszcze nie dostrzegłem skota, który tam stał, bo był za drzewami. Dopiero, jak skręciłem w ulicę Puławską, zobaczyłem, że tam stoi pojazd opancerzony. I tych żołnierzy kłębiących się przy nim.

Byłem z polskim operatorem i amerykańskim fotografem. Nie jestem jedynym, który zrobił to zdjęcie. Ale siedząc z przodu samochodu, byłem tym, który je pierwszy zobaczył.

Powiedziałem do Piotra Kwiatkowskiego coś w rodzaju: "Słuchaj, to zaczyna być ciekawe!". Na wszelki wypadek zrobiłem jeszcze - zza szyby samochodu - zdjęcie żołnierzowi, który kierował ruchem na skrzyżowaniu przed kinem. Na szczęście był odwrócony, więc nas nie widział. Powiedziałem tylko "Robimy to!".

Puk, puk do drzwi...

Zatrzymaliśmy samochód i zaczęliśmy szukać miejsca, skąd moglibyśmy fotografować. Było to o wiele łatwiejsze niż myśleliśmy. Baliśmy się, że będziemy musieli prosić ludzi, żeby zrobić zdjęcie przez ich okna. A to był strach, jeśli się nikogo nie znało. Wyobraźcie sobie: Puk, puk do drzwi, trzech facetów z aparatami prosił, żeby ktoś ich wpuścił. Mało prawdopodobne, żeby się udało. Na szczęście było wejście na klatkę schodową z idealnym widokiem na kino. Fotografowaliśmy stamtąd.

Miałem wtedy problem, bo nie mogłem opisywać zdjęć. Musiałem wysyłać do redakcji niewywołane filmy. Były szmuglowane z Polski, więc nie mogłem dodawać żadnych podpisów pod zdjęcia: bałem się o osoby, które będą przemycać te materiały. Pal sześć, gdyby zostały znalezione same filmy, ale z opisami na papierze byłoby już gorzej. Wymyśliłem sobie inny sposób. Byłem z niego bardzo dumny, a to było takie proste, że hej! Pisałem na kartce A4 grubym flamastrem to, co mogłem napisać o zdjęciach, fotografowałem ją i dorzucałem rolkę do tych niewywołanych filmów.

Bardzo bym chciał wiedzieć, jak ma na imię student, który wywiózł negatyw z ''Czasem Apokalipsy'' z Polski. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że wziął filmy i że mu się wszystko udało. Również za to, że zachował się przyzwoicie i przekazał rolki tak, jak prosiłem, do biura "Newsweeka" w Niemczech. A nie na przykład sprzedał jako swoje. Zawsze istniała pokusa, bo ktoś dostawał filmy, o których wiedział, że są ważne, i mógł je sprzedać jako swoje i zarobić. Mnie trudno byłoby udowodnić autorstwo.

Człowiek, który wywiózł "Czas Apokalipsy" za granicę, to był niemiecki student. Spotkałem go kilka minut przed odjazdem pociągu do Berlina. Dosłownie w ostatniej chwili. Chodziłem po pociągach i szukałem, już w rozpaczy, kogoś, kto mi weźmie te filmy.

Nocny pociąg do Berlina wyjeżdżał tuż przed 22.00 z Dworca Gdańskiego. O 22.00 zaczynała się godzina milicyjna, czyli już musiałem jechać domu, a nie biegać po dworcach. Miałem wtedy niezłą nerwówkę, musiałem znaleźć kogoś, kto by się zgodził na zabranie filmów, wytłumaczyć mu o co chodzi, gdzie ma się z nimi zgłosić i jeszcze wrócić do domu jak najszybciej. Tak naprawdę, to trudniej mi było wysłać te zdjęcia niż je zrobić.

W pociągu najpierw spotkałem Polaka. Zgodził się wziąć filmy, ale potem okazało się, że jedzie z żoną, która, kiedy dowiedziała się o wszystkim, zrobiła awanturę. A ja bałem się jakiegokolwiek hałasu. Tylko tego mi brakowało, żeby na dworcu ktoś zaczął wrzeszczeć. Nie wiadomo, może na dworcu kręcili się jacyś ubecy i szukali takich ludzi jak ja? Zawsze była taka fobia, że jest się śledzonym i że co druga osoba na ulicy może być ubekiem. Że doniesie lub wręcz zatrzyma. Ten Polak oczywiście się wycofał.

Mam nadzieję, że nie wiedział, co mu grozi

Wtedy znalazłem tego młodego chłopaka, który powiedział ''O.K.''. Pokazałem mu, co to jest, nie chciałem dawać kota w worku. Dostał też numer telefonu do biura "Newsweeka" w Bonn. Na szczęście nikt go nie kontrolował na granicy, tak się domyślam. A akurat dzień wcześniej w Dzienniku Telewizyjnym był reportaż o tym, jak straż graniczna i celnicy znaleźli u kogoś negatywy: była konfiskata i areszt. Miałem cichą nadzieję, że Niemiec tego nie oglądał i nie wiedział, co mu grozi.

Do dziś jestem bardzo wdzięczny temu chłopakowi i strasznie żałuję, że nie mam na niego żadnego namiaru. Nie wiem nawet, jak się nazywał, a teraz byłoby świetnie po tych wszystkich latach spotkać się i podziękować osobiście. Był to młody chłopak, który się spisał na medal. Nie ukradł filmów, nie został złapany na granicy, zadzwonił do biura "Newsweeka" i redakcja wysłała kuriera motorem przez całe Niemcy.

Nie od razu dowiedziałem się, że zdjęcie dotarło i zostało opublikowane. Nie widzieliśmy gazet, nie było żadnego kontaktu. Kiedy zaczął się stan wojenny, momentalnie odcięto wszystko: nie było samolotów, telefonów, teleksów.

Redakcja pewnie siedziała w nerwach w Nowym Jorku i myślała: ''Jezus Maria, czy coś przyjdzie z Warszawy czy nie?". O zdjęciu dowiedziałem się, gdy fiński korespondent Jarmo Jaaskelainen przyjechał w pierwszych tygodniach stanu wojennego do Warszawy i powiedział, że widział je w gazecie. To było kilka tygodni po tym, jak fotografia się ukazała.

W stanie wojennym trzeba było być strasznie ostrożnym. Nie wolno było wyjść na ulicę z aparatem fotograficznym w ręku, najlepiej w ogóle nie mieć aparatu przy sobie. Tylko raz zdarzyło mi się, że o mały włos nie zostałem złapany przez jakiegoś zomowca. Biegł za mną i prawie mnie złapał. Już widziałem jego oczy, takie szalone. Na Nowym Mieście była wtedy duża demonstracja i uciekłem do kościoła Ojców Paulinów przy Barbakanie. Już przy drzwiach złapał mnie za pasek od torby, ale się wyślizgnąłem i wpadłem do środka. On już nie wszedł do kościoła. Nie mogłem później wyjść. Bałem się, nie wiedziałem, czy ktoś tam na mnie czeka z pałeczką czy nie. Zapytałem księdza, czy mogę zostawić cały sprzęt w zakrystii i wyszedłem jak gdyby nigdy nic, bez sprzętu.

My się boimy zawsze o sprzęt, choć to może brzmi idiotyczne. Już pal sześć, że nas pobiją. Oczywiście łatwo mi tak mówić, bo mnie na szczęście nigdy nie pobito, nie czułem tego na własnej skórze - ale domyślam się, że nie byłoby to specjalnie przyjemne! My troszczyliśmy się o sprzęt, a jeszcze bardziej o nasze filmy.

Zdjęcie "Czas Apokalipsy" to moje fatum, o którym opowiadałem tysiące razy i będę prawdopodobnie jeszcze opowiadał. Czuję, że to mój obowiązek obywatelski. Skoro zdjęcie zostało uznane za ważną fotografię stanu wojennego, to właściwie nie mogę się buntować.

Zobacz także
  • "Jan Kokot" Wojciecha Prażmowskiego
  • "Afgańscy uchodźcy'' Łukasza Trzcińskiego
  • "Cyganie" Tomasza Tomaszewskiego
Skomentuj:
"Czas Apokalipsy" Chrisa Niedenthala
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje