Pracownicy platformy wiertniczej u wybrzeży Brazylii mieli lecieć feralnym lotem AF 447. Na pokład Airbusa nie wsiedli, bo śmigłowiec, który miał ich zabrać na ląd, spóźnił się - wynika z relacji pana Marcina, który pracuje na tej samej platformie.
Fot. AP
Powołując się na anonimowe źródła, francuski dziennik ekonomiczny "La Tribune" podał, że każdy dzień protestu oznacza dla Air France stratę około 15 mln euro - nie licząc kosztów rekompensat dla pasażerów
Pan Marcin i jego koledzy z pracy latali do domów w Europie głównie liniami Air France. Tak miało być też tym razem - Belg i Holender mieli wracać do Europy lotem AF 447. Ich historię pan Marcin przekazał swojej żonie, a ona opowiedziała wszystko reporterowi Radia TOK FM.
Mężczyźni wykupili bilety na lot z Rio de Janeiro. Śmigłowiec miał ich zabrać z platformy i przetransportować na ląd. Stamtąd od razu mieli jechać na lotnisko.
- Ale śmigłowiec spóźnił się. W rezultacie pracownicy dotarli do Rio de Janeiro 15 minut po odlocie maszyny. Przypadek uratował im życie - mówi pani Dorota.
- Oczywiście najpierw się mocno denerwowali, mieli spędzić jeszcze jedną noc na platformie, ale po informacjach o katastrofie ich samolotu zmienili podejście. Możemy sobie to wyobrazić - uśmiecha się pani Dorota - dostali nowe życie.