Ma 44 lata, jest niewidomy, nie zna alfabetu Braille'a. Ale zdaje maturę na takich samych zasadach jak jego widzący koledzy. Mariusz Nowek tak jak setki tysięcy innych maturzystów rozpoczął dziś o 9.00 egzamin dojrzałości.
Gdyby znał alfabet Braille'a, zdawałby maturę według zasad obowiązujących niewidomych uczniów. Ale - jak mówi o swoim uczniu dyrektor liceum Centrum Edukacji Zdroje w Szczecinie, Krzysztof Gajocha - jest "pod tym względem takim wtórnym analfabetą".
- Pan Mariusz zdaje maturę przed trzyosobową komisją. W ławce siedzi z nim nauczyciel, który czyta pytania oraz zapisuje jego odpowiedzi. Poza tym cały egzamin jest nagrywany tak, by Okręgowa Komisja Egzaminacyjna miała dokładny wgląd w jego przebieg - tłumaczy dyrektor.
Przypadek szczecinianina pokazał, że w przepisach maturalnych istnieje luka. - Pan Mariusz i osoby w jego sytuacji powinni mieć choć trochę więcej czasu - mówi Gajocha. - Tym bardziej, że zdaje geografię - dodaje tyflopedagog z Polskiego Związku Niewidomych Joanna Kędzierska, która jest nauczycielem wspomagającym niewidomego maturzystę. Jak tłumaczy "utrudnienie polega na tym, że nie wszystko - szczególnie mapy - da się przedstawić w prosty sposób, żeby jednocześnie nie zasugerować uczniowi odpowiedzi".
Trzymajcie kciuki
Pan Mariusz chce zdać maturę, żeby skończyć szkołę masażu. - Swoją młodzieńczą edukację przerwałem w związku z coraz bardziej pogarszającym się wzrokiem. Dziś widzę już tylko światło. 20 lat temu nie było warunków do skończenia szkoły, teraz się pojawiły - opowiada swoją historię.
W przełamaniu strachu przed ponownym pójściem do szkoły pomogła mu żona. - Ewa chodziła ze mną na wszystkie zajęcia, robiła notatki. W domu nagrywała wszystko na dyktafon. W ten sposób się uczyłem - uśmiecha się pan Mariusz. - Kilku wykładowców było zdumionych możliwościami męża. Nie dość, że dawał sobie radę, to często był lepszy niż widzący koledzy - dodaje pani Ewa.
Czego można życzyć maturzyście? - Zdania matury - uśmiecha się pan Mariusz. Ale nie ukrywa, że cały czas ma wątpliwości. - Nie mam pewności, czy dobrze robię. To duży stres dla mnie i dla wielu osób, które mi pomagają - przyznaje. Otuchy dodaje mu żona. - To duże wyzwanie, ale myślę, że się uda. Mam nadzieję - mówi pani Ewa.