Porty lotnicze to w Polsce obecnie główny front walki z zagrożeniem epidemią świńskiej grypy. Co prawda na nasze lotniska nie przylatują samoloty bezpośrednio z Meksyku, ale są połączenia z dużymi europejskimi portami, m.in Zurychem, Londynem czy Monachium. - Stąd zdarzają się powroty pasażerów, którzy w ciągu ostatnich dziesięciu dni przebywali w Meksyku - mówił w rozmowie z portalem Gazeta.pl dr Maciej Bobkowski, Państwowy Graniczny Inspektor Sanitarny w Warszawie.
Całodobowy monitoring na Okęciu W związku z ogłoszeniem przez Światową Organizację Zdrowia piątego stopnia zagrożenia pandemicznego polskie służby sanitarny monitorują wszystkie przyloty i wyloty samolotów na polskich lotniskach.
Działania na lotniskach na razie ograniczają się do obserwacji pasażerów, rozdawania ulotek informacyjnych i komunikatach puszczanych przez głośniki. Co kilkanaście minut na Okęciu można usłyszeć ostrzeżenie o zagrożeniu świńską grypą i prośbę do pasażerów przylatujących m.in. z Meksyku, żeby w przypadku kłopotów zdrowotnych od razu zwracali się po pomoc lekarską.
- Badania osób wracających z rejonów zagrożonych nie są obowiązkowe. Ale jesteśmy gotowi, żeby udzielać pierwszych porad medycznych - zapewnił dr Bobkowski. Dodaje, że na razie żaden z pasażerów nie zgłosił się do lotniskowych służb medycznych.
Gdyby jednak stwierdzono podejrzenie zachorowania na świńską grypę, to taki pasażer natychmiast zostałby odizolowany i przewieziony karetką do szpitala zakaźnego w Warszawie i tam poddany dalszym badaniom.
Służby sanitarne na Okęciu zbierają też, na specjalnych formularzach, dane osobowe pasażerów, wracających z zagrożonych regionów. To pozwoli nawiązać z nimi kontakt, gdyby pojawiła się taka konieczność. Tacy pasażerowie są tzw. kontaktami, gdyby u któregoś z ich współpasażerów zdiagnozowano świńską grypę. Musieliby zostać natychmiast poddani obserwacji.
Pierwsi przebadani pasażerowie Dopiero dzisiaj z badania lekarskiego skorzystała grupa turystów, wracająca z Meksyku. Samo badanie zorganizowało jednak
Radio Zet, organizator wycieczki, bo chciało mieć pewność, że do Polski wrócili zdrowi ludzie.
Uczestnicy wycieczki byli jednak bardzo zaskoczeni sytuacją na warszawskim lotnisku. Reporterowi portalu Gazeta.pl opowiadali, że nigdzie po drodze nie spotkali się z żadnymi przesadnymi środkami ostrożności. - Żadnych specjalnych środków, poza punktem odpraw linii kubańskich, gdzie wszyscy byli kompletnie odizolowani. Wszyscy inni nawet nie byli ubrani w maski - opowiadał jeden z pasażerów po wylądowaniu. - Na Okęciu dostaliśmy deklaracje, dużo bardziej szczegółowe niż w Zurychu, potem przyszedł lekarz, symboliczna rozmowa i to tyle - dodał inny. Zaskoczeni byli też dziennikarzami, którzy powitali ich w drzwiach hali przylotów. - Nie ma się czego bać. Na
zawał serca więcej ludzi ginie - uspokajali.
Dopiero po wyjściu do hali przylotów turyści przeszli pod gabinet lekarski, gdzie czekał na nich wynajęty przez organizatora lekarz i przeprowadzał badanie. - Standardowe. Ciśnienie, gardło, zmierzenie temperatury - opisał nam przebadany turysta.
Obsługa lotniska zabezpiecza się na własną rękę Obserwując dzisiejszą akcję na Okęciu można postawić pytanie czy takie środki bezpieczeństwa wystarczą, żeby uchronić Polskę przed epidemią świńskiej grypy? Na razie muszą. Według informacji dr. Bobkowskiego ostrzejsze procedury są przewidziane dla chorób wysoce zakaźnych, a
grypa do takich nie należy.
Pracownicy portu lotniczego też chyba mają wątpliwości, bo u kilku z nich nasz reporter zauważył zawieszone na szyjach maski. Żaden nie chciał tego skomentować. - To jest inicjatywa własna pracowników. Maja do tego prawo. Na dzień dzisiejszy tego nie zalecamy - wyjaśnił dr Bobkowski.