Sąd w 2000 r. uznał za prawdziwe oświadczenie Kwaśniewskiego

PAP
01.04.2009 , aktualizacja: 01.04.2009 16:58
A A A Drukuj
Aleksander Kwaśniewski złożył prawdziwe oświadczenie, że nie był agentem SB - orzekł w sierpniu 2000 r. Sąd Lustracyjny badając oświadczenie Kwaśniewskiego jako kandydata na prezydenta. Sąd zastosował domniemanie niewinności, a wątpliwości rozstrzygnął na korzyść lustrowanego.
Aleksander Kwaśniewski w 1989 r. ''Pan Kwaśniewski (...) latach 1983-1989 był rejestrowany przez bezpiekę jako TW Alek'' - twierdzi Kurtyka
Fot. Tomasz Wierzejski / AG
Aleksander Kwaśniewski w 1989 r. ''Pan Kwaśniewski (...) latach 1983-1989 był rejestrowany przez bezpiekę jako TW Alek'' - twierdzi Kurtyka
Rzecznik Interesu Publicznego Bogusław Nizieński wnosił wtedy o umorzenie procesu z braku dowodów do wydania merytorycznego rozstrzygnięcia (czyli stwierdzenia prawdziwości albo fałszu oświadczenia). Obrona i prezydent wnosili o uznanie prawdziwości oświadczenia.

W ustnym uzasadnieniu wyroku przewodniczący składu sędziowskiego Grzegorz Karziewicz podkreślił, że nie da się zweryfikować zapisów w dziennikach SB dotyczących Kwaśniewskiego. Jednak zgromadzony materiał sąd uznał za wystarczający do stwierdzenia prawdziwości oświadczenia prezydenta.

Sąd Lustracyjny dysponował wtedy dwoma dziennikami SB - rejestracyjnym, w którym zapisywano numer ewidencyjny i pseudonim agenta lub np. figuranta, wobec którego SB stosowała "zabezpieczenie" (ta wieloznaczna formuła mogła oznaczać zarówno śledzenie osoby, jak i próbę dotarcia do niej i pozyskania do współpracy). Drugim był dziennik koordynacyjny, do którego wpisywano zapytania różnych jednostek specsłużb PRL o daną osobę.

Sąd stwierdził, że numer tajnego współpracownika o kryptonimie "Alek" w dzienniku rejestracyjnym SB był taki sam, jak przypisany w dzienniku koordynacyjnym osobie Kwaśniewskiego. Sąd doszedł do wniosku, że zarejestrowanie przez SB w 1982 r. tzw. zabezpieczenia oraz późniejsza o rok zmiana tej rejestracji na tajnego współpracownika odnoszą się do Kwaśniewskiego.

Zarazem sąd przyznał, że nie miał możliwości sprawdzenia poprawności tego zapisu pod względem formalnym, bo nie zachowały się materiały wytwarzane przy takiej rejestracji. Według sądu, nie ma zatem materiałów, które pozwalałyby uznać, że była podstawa do zmiany zapisu z "zabezpieczenia" na tajnego współpracownika i czy mogło się to wiązać ze złożeniem deklaracji do współpracy ze specsłużbami PRL przez Kwaśniewskiego.

"Sąd na ten temat nie ma żadnej wiedzy" - oświadczył Karziewicz. Dlatego też, dodał, sąd nie mógł z góry zakładać prawdziwości jakiegokolwiek dowodu, a więc też i zapisu w dzienniku. Według sądu, "pozostaje duża doza wątpliwości co do poprawności tego zapisu".

Na procesie zeznawał były kpt. SB Zygmunt Wytrwał, który prowadził agenta SB "Alek". Zapewniał, że to nie był Kwaśniewski i że nie wie nic o zmianie rejestracji Kwaśniewskiego z "zabezpieczonego" na "tajnego współpracownika". Również zwierzchnik Wytrwała, płk Florian Uryzaj, zeznał w sądzie, że TW "Alek" to nie Kwaśniewski. "Te zeznania też mają swoją wymowę, znaczenie w tej sprawie" - zaznaczył sędzia Karziewicz.

Zarazem sąd uznał, że brak podstaw do kwestionowania rzetelności materiałów przekazanych przez UOP. Powołał się na opinię biegłego, szefa archiwów UOP Antoniego Zielińskiego, który wykluczył możliwość sfałszowania przez SB danych z ewidencji operacyjnej.

Sąd podkreślił, że - "cokolwiek by jednak nie odnieść do świadków" - to z ich zeznań nie wynikało, aby istniały "jednoznaczne podstawy" do zarejestrowania Kwaśniewskiego w dzienniku rejestracyjnym jako agenta. "Nie wynika z nich też, by istniały jakiekolwiek materiały mogące dostarczyć nowej wiedzy na ten temat" - dodał sąd.

Dowodem w procesie była też sporządzona przez SB analiza operacyjno-polityczna dotycząca redakcji "Życia Warszawy". Wspomniano w niej o "źródle piszącym w kierownictwie dziennika", a będącym tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie "Alek", które pozostaje "na kontakcie kpt. Wytrwała". Sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślił, że Kwaśniewski w tej redakcji nigdy nie pracował (był on naczelnym tygodnika ITD i "Sztandaru Młodych").

"Nie wydaje się jasne kojarzenie tego stwierdzenia z podanym w analizie pseudonimem agenta i kojarzenie z tym numeru z dziennika rejestracyjnego. To jest jeden z elementów sprawy, który nakazywał dużą ostrożność w ocenie zapisów analizy i dzienników - pewne fakty się tu nie zgadzają" - wyjaśniał sąd.

Inny dowód w sprawie nadesłał kierowany wtedy przez płk Zbigniewa Nowka UOP. Była to notatka oficera SB w sprawie wyjazdu ekipy olimpijskiej pod przewodnictwem Kwaśniewskiego do Seulu w 1988 r. Zawierała informację, że 29 osób z ekipy, to znaczy jej 10 proc., pozostaje "w różnym kontakcie operacyjnym z SB". "Ppłk Zdebski informuje, nie wiemy, czy to prawda czy nie, że spośród siedmiu osób kierownictwa ekipy, trzech to tajni współpracownicy, jeden konsultant i trzy kontakty służbowe" - taki fragment pisma ujawnił w 2000 r. na rozprawie Nizieński.

W orzeczeniu Sąd Lustracyjny uznał, że te notatki "nie mają większej wartości z punktu widzenia oceny prawdziwości oświadczenia" Kwaśniewskiego.

"Mając taki materiał dowodowy, na którym sąd się opierał przy wydawaniu orzeczenia, doszliśmy do wniosku, że możliwe jest tylko takie rozstrzygnięcie (o prawdziwości oświadczenia lustracyjnego Kwaśniewskiego - PAP). Sąd bada całokształt okoliczności i nie był zwolniony od dokonania definitywnego rozstrzygnięcia" - powiedział sędzia Karziewicz.

Sąd powołał się też na przesłanki tajnej współpracy wyliczone przez Trybunał Konstytucyjny. "Żeby można było uznać, że była współpraca, trzeba udowodnić, że nastąpiła ona w sposób świadomy, nie była tylko deklaracją, odbywała się w trybie tajnym i polegała na operacyjnym zdobywaniu informacji" - przypomniał sąd. "Rozważając te wymagania, wniosek nasuwa się jednoznaczny - nie zostały one w ogóle wypełnione" - brzmiała konkluzja sądu.

W orzeczeniu sąd powołał się też na przepisy kodeksu postępowania karnego, które stosowało się pomocniczo w procedurze lustracyjnej. Mówią one m.in., że osobę, której prawomocnym wyrokiem nie udowodniono winy, uważa się za niewinną, zaś wszelkie wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść podsądnego. "To domniemanie niewinności jest też zakorzenione w Konstytucji, a w postępowaniu lustracyjnym należy je odczytywać jako domniemanie prawdziwości złożonego oświadczenia" - uzasadniał Karziewicz.

Po wyroku ówczesny prezydent oświadczył, że "ci, którzy manipulowali materiałami i terminami nadsyłania dokumentów (w jego procesie lustracyjnym - przyp. PAP), nie mogą czuć się spokojnie". Dodał, że jest bardzo zadowolony, że zwyciężyła prawda. Prezydent podkreślił też, że lustracja jest potrzebna, ale prawo jest niedoskonałe.

Podziel się