W ostatnich latach w Polsce drastycznie wzrosła liczba tak zwanych jednorękich bandytów, czyli popularnych automatów do gry. Np. tylko na Lubelszczyźnie w ciągu roku przybyło 600 takich punktów.
W Polsce rynek automatów do gry stale się rozwija; rośnie też liczba uzależnionych. Problem mają coraz młodsi, bo automaty do gry są dostępne praktycznie wszędzie. - Nie ma przepisów, które by szczegółowo regulowały ustawienie automatu - mówi Marta Szpakowska z Izby Skarbowej w Lublinie. Gry pojawiają się więc na stacjach benzynowych, w sklepach czy lokalach gastronomicznych - w jednym punkcie mogą stać maksymalnie 3 takie maszyny.
Łatwy dostęp to jedna z przyczyn uzależnienia. A uzależniają się wszyscy: i młodzież, i dorośli - prawnicy, lekarze, księża, taksówkarze. - Grają, żeby się zrelaksować, a jednocześnie szukają wrażeń - mówi terapeuta od uzależnień, Andrzej Pierzchała z Ośrodka Leczenia Uzależnień w Lublinie. Niektórym wystarczy, że raz zagrają i już nie mogą przestać. - To jest tak, że w życiu pewnych rzeczy nie warto próbować. Bo może się okazać, że pierwsza próba się spodoba i człowiek naturalnie chce to powtarzać - nie kryje terapeuta.
Miliardy złotych w automatach Jak informuje Witold Lisicki z Ministerstwa Finansów, w całej Polsce jest w tej chwili około 46 tysięcy tzw. automatów do niskich wygranych. Zarządzają nimi specjalne firmy, które dogadują się z właścicielami sklepów czy stacji benzynowych i odnajmują od nich powierzchnię. - Automatu nie może postawić osoba prywatna, ale spółka - informuje Witold Lisicki. Za zezwolenie na urządzanie gier na automatach wnosi się opłatę w kwocie 55 tysięcy złotych. Dodatkowo co miesiąc firma płaci podatek zryczałtowany od każdej takiej maszyny, w wysokości 180 euro.
Ile hazardziści zostawiają w automatach? Do budżetu państwa właściciele automatów wpłacili w ubiegłym roku ok. 140 mln zł podatku. Sami zarabiają jednak dużo więcej. Przychody branży są szacowane na ponad 1,5 mld zł. A gracze tracą: niektórzy biorą kredyty, sprzedają
mieszkania,
samochody. I liczą na wygraną. - Raz się wygrywa, raz się przegrywa, ale kto nie gra ten nic nie ma - mówi 20-latek Krzysztof. Przychodzi grać codziennie; bierze pieniądze od rodziców, częściowo sam zarabia, częściowo gra tym, co udaje mu się wygrać. - Raz wrzuciłem 2
złote, a wygrałem prawie 400 zł - mówi z dumą Krzysztof.
Terapeuci nie mają wątpliwości. - Przy każdej wygranej automaty robią dużo szumu i zamieszania; gra
muzyka, włączają się światłą. Chodzi o to, by pozostali gracze mieli wrażenie, że wygrane padają bardzo często - mówi Andrzej Pierzchała.
A grają coraz młodsi. Bo mimo, że na automatach najczęściej wiszą kartki "dozwolone od lat 18", to tak naprawdę nikt się tym nie przejmuje i tego nie sprawdza. Przy automacie w jednym z supermarketów w Lublinie niemal non stop można spotkać 14. czy 15-latków. - Mój znajomy zagrał raz, a potem nie mógł przestać. Miał długi u wszystkich przyjaciół. A mimo to, grał dalej - opowiada Agnieszka, uczennica liceum.
Fingowane napady Czym może się skończyć uzależnienie? Rozwodem, utratą przyjaciół, zejściem na drogę przestępstwa. Na Lubelszczyźnie było ostatnio kilka przypadków sfingowanych napadów. Barmanka z Chełma opowiedziała, że została napadnięta, a tak naprawdę pieniądze przegrała. Podobnie było w Łęcznej. - Pracownik baru upozorował włamanie, bo przegrał na automatach 700 złotych - mówi Anna Smarzak z lubelskiej policji.
Za zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie, składanie fałszywych zeznań oraz za przywłaszczenie pieniędzy grozi kara do 3 lat więzienia.