"Gazeta Wyborcza" napisała, że
firma Misiaka bez przetargu dostała zlecenie na realizację tego, co zapisano w specustawie stoczniowej, nad którą on sam pracował.
- Ustawa o stoczniach była prowadzona przez Ministerstwo Skarbu i ja, jako szef komisji Gospodarki Narodowej, uczestniczyłem w jej tworzeniu. Stocznie były wtedy w tragicznej sytuacji, a Ministerstwo w trybie ekspresowym zrobiło świetną ustawę dot. restrukturyzacji przemysłu stoczniowego - mówił Misiak. - Poprawki, które nanosiłem, były uzgodnione z MS i nie miały nic wspólnego z dalszym procesem restrukturyzacji - tłumaczył senator PO.
Polityk zapowiedział, że jest otwarty na kontrolę ministerstwa, chętnie też udowodni swoją niewinność dziennikarzom i udostępni dokumenty, które mają dowieść, że specustawa nie była pisana na zamówienie i nie faworyzowała określonej firmy.
Chlebowski: sprawą zajmie się rzecznik dyscypliny.
Tomasz Misiak podkreślił, że na żadnym etapie decyzyjnym nie był zaangażowany w tę sprawę - ani po stronie spółki, której radzie nadzorczej przewodniczy, ani po stronie Agencji Rozwoju Przemysłu. Senator dodał, że zwrócił się do ministra skarbu, aby ten wyjaśnił całkowicie jego udział w tym procesie. Chce też by Agencja Rozwoju Przemysłu wyjaśniła, jak był przeprowadzony konkurs i w jaki sposób podejmowano decyzje.
- Jestem akcjonariuszem i członkiem Rady nadzorczej jednej ze spółek, które wygrały konkurs na pomoc w znalezieniu pracy stoczniowcom czy organizacji szkoleń - mówił senator Misiak. - To organizacje działające non-profit. Formalnie nie uzyskują zysku. Mają możliwość zwrotu kosztów związanych z administrowaniem budżetem, który w 90 proc. jest przeznaczony dla ludzi - mówił Misiak.
Senator podkreślił, że jego rola była taka sama jak pozostałych parlamentarzystów, którzy głosowali za specustawą o stoczniach.
- Polska nie ma żadnego system, które umożliwiałby działalność polityczną ludziom, którzy prowadzą w Polsce firmy i są zaangażowani w przedsiębiorczość. To rzesza 3 milionów ludzi, którzy są wykluczeni - mówił Misiak.