Jeden z nielicznych na Mazowszu, rodzinny dom dziecka w Piastowie może przestać istnieć. Brak wsparcia, szykany, niekompetencja urzędników, to strategia pruszkowskiego Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wobec rodzinnego domu opieki zastępczej Jerzego i Marii Berlińskich.
Nie ma łatwych dzieci po domach dziecka Duży, zielony dom przy małym placu w Piastowie. Ciepłe, przytulne wnętrze, mały ogródek na tyłach, pianino i wielki stół w salonie. To rodzinny dom państwa Berlińskich, jedynej zawodowej rodziny zastępczej w powiecie pruszkowskim. Berlińscy wychowali w nim pięcioro swoich, dorosłych już, dzieci.
Od siedmiu lat są też zawodową rodziną zastępczą. Przez ten czas kuratorzy umieścili w ich domu ośmioro dzieci: z domów dziecka i pogotowia opiekuńczego. Agresywnych, zaniedbanych intelektualnie, zdrowotnie, emocjonalnie, z nałogami kradzieży, kłamstwa, konfabulacji.
Lista problemów, z jakimi dzieciaki trafiły pod dach zielonego domu jest długa. Dwoje z FAS (zespół alkoholowy płodu), dwoje upośledzonych umysłowo. Jeden z chłopców przyszedł jako uczeń trzeciej klasy podstawówki, ale nie potrafił czytać ani pisać. Dopiero Berlińscy odkryli, że jest analfabetą.
Na pytanie, dlaczego wzięli sobie takie trudne dzieci, Berlińska odpowiada: - Nie wzięliśmy żadnych trudnych dzieci. Nasze kuratorki starały się wybrać nam najłatwiejsze. Nie ma łatwych dzieci po domach dziecka. Jedno takie dziecko, to jak pięcioro naszych własnych.
Nie mam słów uznania, to specjaliści Dzieci bardzo zmieniły się po tym, jak trafiły do domu Berlińskich. Zrobiły postępy. Nie są ani geniuszami, ani aniołami, ale najtrudniejsze zostało zrobione. Kiedy opiekunowie sami nie dawali rady, zwracali się po pomoc do specjalistów.
- Zosia miała niecałe 7 lat, kiedy ją dostaliśmy - relacjonuje Maria Berlińska. - Całe dnie spędzała sama przed telewizorem. Była zaniedbana zdrowotnie i emocjonalnie, wykonywała dziwne ruchy, robiła dziwne miny, całkowicie odcięta od uczuć potopiła koty naszych dzieci i nie rozumiała dlaczego dzieciaki rozpaczają. Nie wchodziła w relacje. Nie zgodziliśmy się na szkołę specjalną, zaczęła się praca z neurologami, psychologami, rehabilitantami. Szybko okazało się, że dziecko jest uzdolnione plastycznie.
Dziś Zosia uczy się w 3 klasie. "Jest dzieckiem śmiałym, pogodnym i coraz bardziej uczynnym, chętnym do nauki. Potrafi pomagać i chętnie dzieli się swoimi rzeczami z innymi. Potrafi również mówić o swoich emocjach. Ma zdolności plastyczne, pięknie rysuje i poświęca na to każdą wolną chwilę" - napisała
szkoła w opinii.
7-letni Wojtek, gdy tu trafił, znał 20 słów i nie rozumiał pytań. Dziś jest pogodnym i chętnym do nauki dzieckiem. Szkoła docenia, że ma bogaty zasób słów i potrafi rozwiązywać zadania matematyczne.
Każde z dzieci otrzymało indywidualne zainteresowanie i pomoc w rozwiązywaniu problemów. Opinie kuratorów, wychowawców i psychologów ośrodków terapeutycznych, z którymi współpracują Berlińscy, pełne są superlatyw.
Kurator sądowa Maria Kołakowska, która umieściła dwójkę dzieci u Berlińskich, mówi: - Nie mam słów uznania, to są święci ludzie. Z ogromną odpowiedzialnością podjęli się stworzenia domu tym dzieciom. Robią to w sposób szalenie kompetentny, bardzo świadomy, sami się cały czas dokształcają. To specjaliści.
Zwodzili nas przez trzy lata Jerzy Berliński, zanim zrealizował marzenie o rodzinnej placówce, prowadził własną działalność gospodarczą i uczył w pobliskiej szkole. Maria Berlińska, z wykształcenia teolog, przed otwarciem rodzinnej placówki była koordynatorem dla miasta stołecznego Warszawy ds. przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Została odznaczona srebrną odznaką Niebieskiej Linii.
Od momentu, kiedy zostali rodziną zastępczą, zaczęli walczyć o status rodzinnego domu dziecka. To sytuacja dla nich korzystniejsza - Berliński może dostać normalną umowę o pracę, są mniej zależni od urzędników.
Zwrócili się w tej sprawie do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR), które sprawuje nadzór nad takimi domami. Maria Berlińska. - Przez trzy lata nas zwodzili obietnicą utworzenia placówki. Mąż zrezygnował z pracy. Wtedy nagle oświadczyli, że placówki nie będzie.
Anna Jaworska, dyrektorka PCPR, twierdzi, że woli wspierać rodziny zastępcze. Taka jest strategia
Jednak przez te sześć lat pruszkowskie PCPR oprócz Berlińskich stworzyło tylko jedną zawodową rodzinę zastępczą.
Maria Berlińska skarży się na towarzyszącą rozmowom atmosferę: - Pani dyrektor PCPR powiedziała wprost przy pani starościnie, że my tu chcemy robić nie wiadomo jakie pieniądze, a mąż chce być dyrektorem. Przez cały ten czas żyliśmy w atmosferze pomówień, oskarżeń i podejrzeń.