"Wygraj darmowy sex przez cały rok" - takie hasło reklamowe chciał umieścić w warszawskim metrze Karol El Kashif, właściciel Superapteki. Metro uznało hasło za naruszające dobre obyczaje i odmówiło umieszczenia plakatów.
Kontrowersyjną kampanię reklamową Karol El Kashif wymyślił z okazji Walentynek. - Kampania ma propagować bezpieczny seks i profilaktykę - wyjaśnia aptekarz. - Z okazji Walentynek chcieliśmy, żeby ci którym się one udadzą mogli zabawić się dobrze i zdrowo - dodaje El Kashif. Według jego pomysłu zwycięzcy konkursu mają otrzymać zestawy prezerwatyw i innych produktów firmy Unimil, które wystarcza na cały rok.
Zgorszenie niepełnoletnich pasażerów
O konkursie miały informować reklamy, na ulicach i w metrze. Te pierwsze już są, drugich nie będzie, bo nie spodobały się stołecznemu Metru. - Umowa z operatorami reklam przewiduje, że pewne treści nie mogą pojawić się w Metrze. Zastrzegliśmy sobie prawo, żeby w pewnych, szczególnych przypadkach móc wyrazić sprzeciw - powiedział Krzysztof Malawko, rzecznik prasowy Metra.
Co tak bardzo oburzyło pracowników przewoźnika w reklamie, składającej się tylko z hasła "wygraj darmowy sex przez cały rok" i adresu apteki? - Naszym zdaniem to jest treść w metrze kontrowersyjna - wyjaśnia Malawko. Podkreśla, że nie chodzi o słowo "sex", ale o sformułowanie "wygraj sex na cały rok". - To jest pewna różnica, nawet niezbyt subtelna - tłumaczy Malawko. Według niego reklama jest adresowana do osób dorosłych i powinna być umieszczana w miejscach, gdzie jej odbiorcami będą tylko osoby dorosłe. - Proszę sobie wyobrazić jak to odbierze 8-latek. Mamy dużą grupę niepełnoletnich pasażerów - dodaje rzecznik.
Seks jest wszędzie
Takiego tłumaczenia nie rozumie Karol El Kashif. - Wokół nas są reklamy, które mówią o seksie, który jest częścią życia - argumentuje. - Nawet picie oranżady jest pokazywane jako seksualne zajęcie, a pośladków, odsłoniętych torsów mamy tysiące - wylicza aptekarz. Uważa, ze za chwilę nieobyczajne będzie mówienie o miłości, bo przecież prowadzi do seksu. - Myślałem, że tylko w Iranie urzędnik podejmuje takie decyzje - dodaje El Kashif.
Nie ukrywa, że jego reklama epatuje seksem, ale jak podkreśla dzisiaj wystarczy, że dziecko wejdzie do internetu i jest zarzucane reklamami seksualnymi. Jego zdaniem pracownicy Metra narazili miasto tylko na straty finansowe, bo on by za reklamę zapłacił. - Urzędnicy nie są od tego, żeby wyznaczać co jest obyczajne, a co nie. Urzędnik ma pilnować kasy miasta i państwa - mówi przedsiębiorca.
Autobusy bez spermy
A jednak okazuje się, że pracownicy miejskich spółek uważnie przyglądają się treściom reklam. - W przypadku kontrowersyjnych reklam staramy się reagować w ten sposób, żeby nie uraziło to niczyich uczuć - mówi Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych. Przypomina, że spółka nie zgodziła się umieścić na autobusach m.in. reklamy przedstawienia teatralnego pt. "Wyścig spermy". - Część pasażerów mogłaby się czuć urażonych taką treścią reklamy na naszym autobusie. To szkodzi naszemu wizerunkowi, trudno żeby nasze autobusy kojarzyły się z takimi dziwnymi treściami - tłumaczy rzecznik.
Kto w spółkach transportowych podejmuje decyzje o tym co jest obyczajne, a co nie? Okazuje się, że nikt konkretny. W MZA są to przeważnie pracownicy działu marketingu, a w przypadkach szczególnych kierownictwo. W Metrze króluje zdrowy rozsądek. - Jako ludzie dorośli jesteśmy w stanie wręcz intuicyjnie to wiedzieć - tłumaczy Malawko.
Seks w reklamie nie razi
Dr. Norberta Maliszewskiego, psychologa z Uniwersytetu Warszawskiego, zajmującego się reklamą słowo seks nie razi. Zauważa, że w języku polityków i mediów pojawiają się o wiele pieprzniejsze wyrażenia i są emitowane. Dlatego nie rozumie decyzji Metra.
Maliszewski podkreśla jednak, że nie zawsze reklama wykorzystująca seks jest skuteczna. - Reklama, która odwołuje się do seksu, jest dobra jeśli jest erotycznie ciekawa - tłumaczy psycholog. Jako przykład podaje wyniki badań, które pokazują, że odbiorcom zdecydowanie bardziej podobała się modelka w atrakcyjnej bieliźnie niż naga. Przestrzega też przed mówieniem w reklamie o seksie wprost, tak jak w przypadku reklamy apteki. Wtedy podniecenie może odciągnąć uwagę od produktu, albo wzbudzić negatywne skojarzenia. - Osoba może pomyśleć, że autorzy próbują ja nabierać w tani sposób - dodaje Maliszewski. Według niego erotyka w reklamie nie gorszy Polaków, ale musi być pokazana w sposób bardzo przemyślany i atrakcyjny.
Metro ma prawo się chronić
Decyzję Metra dobrze ocenia Marcin Malinowski, ze Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy, które jest autorem kodeksu etyki reklamy. - Metro ma prawo podjąć taką decyzję. Chce w ten sposób chronić swoje imię - mówi Malinowski. Podkreśla jednak, że o tym, czy seks jest tu słowem obrazoburczym nie można wyrokować z góry. - Wszystko zależy od kontekstu i miejsca umieszczenia reklamy - tłumaczy ekspert. Według niego umieszczanie reklam seksualnych może być pożądane w pismach dla panów, ale w tych dla dzieci już nie. - Metro, jako przestrzeń publiczna jest dostępna dla wszystkich, także dla dzieci - podkreśla Malinowski. Jego zdaniem aptekarz powinien albo zmodyfikować swoją reklamę, albo poszukać innego medium.
Ocena należy do sądu
- Umieszczenie w miejscu publicznym nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów lub rysunków, czy też ogłoszeń o treści pornograficznej, może narazić podmiot umieszczający odpowiedzialność karną, jak również cywilną - zwraca uwagę Jarosław Konecko, Radca Prawny z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka. Według niego właśnie obawa przed odpowiedzialnością była przyczyną odmowy umieszczenia reklamy. Oceny reklamy może już teraz dokonać tylko sąd. - Prawdopodobnie oparłby się na kryterium indywidualnego, przeciętnego widza - dodaje Konecko. Jeśli, w ocenie sądu, przeciętny widz, o przeciętnym wyrobieniu estetycznym poczułby się treścią reklamy apteki zgorszony, to odmowa Metra zostałaby usankcjonowana.