- Kilka dni temu byłem na Litwie. Zbierałem materiały do artykułu. Z białoruskimi pogranicznikami miałem kłopoty zarówno przy wyjeździe jak i przy wjeździe na Białoruś. Interesowało ich wszystko, co mam. Dyktafon - sprawdzali co na nim jest nagrane, pendrive, to samo - relacjonuje nam Andrzej Poczobut. Gdy wracał, żona poinformowała go, że drzwi ich
mieszkania pocięte są nożem i przypięto do nich kartkę z pogróżkami. Gdy w domu była tylko jego żona z córką, ktoś kilkakrotnie, w różnych porach, dzwonił do nich i milczał. Głuche telefony na komórkę dostawała też jego 8-letnia córka.
Andrzej Poczobut twierdzi, że nękanie rodziny może mieć związek z jego pracą lub zbliżającym się zjazdem Związku Polaków na Białorusi, którym kieruje Andżelika Borys. Dziennikarz sprawą zainteresował już obwodową prokuraturę na Grodzieńszczyznie. - Poprosiłem o sprawdzenie, czy za tymi działaniami nie stoją służby specjalne - powiedział portalowi Gazeta.pl.
Związek Polaków, w którym działa Andrzej Poczobut, nie jest uznawany przez władze Białorusi. Program pierwszy białoruskiej telewizji nazwał szefową Związku Andżelikę Borys - "samozwańczym prezesem". Od 2005 roku na Białorusi funkcjonują dwa Związki Polaków. Ten, którym kieruje Borys, ma poparcie polskich władz. Drugi, któremu przewodniczy Józef Łucznik, nie jest akceptowany przez Polskę, ale może liczyć na wsparcie władz Białorusi. Andżelika Borys chce w marcu zorganizować zjazd krajowy Związku, aby zakończyć czteroletnie waśnie i doprowadzić do zalegalizowania jej organizacji.