Potem jest nieco ostrzej. Bartoszewski mówi: - Kiedy ktoś mnie po pijaku obrzyga w autobusie, to nie jest obraza. To jest obrzydliwość - mówi. - Nie każdy może mnie obrazić. Prezes
PiS nie ma życiorysu, który by mu na to pozwolił. Jestem ponad to - czytamy na Dziennik.pl.
Nie czuję się łże-elitą Władysław Bartoszewski przyznał też, że nigdy nie czuł się "wykształciuchem", tak manifestacyjnie nielubianym przez PiS (do soboty) - Profesorem zrobili mnie
Niemcy i tam mam prawo używać tego tytułu. Nie czułem się też łże-elitą. Łże-elitą to są niektórzy partyjni działacze. Ja się uważam za przynależnego do elity - tej, której niedobitki przetrwały II wojnę światową. To była elita dlatego, że w pierwszym szeregu walczyła o ten kraj. I tego tytułu nikt nie może mi odebrać - mówi Bartoszewski.
Mowy Kaczyńskiego to nie Ewangelia Profesor bez żenady przyznał, że nie śledził medialnego wydarzenia weekendu - Nie wiem nawet, jak te przeprosiny wyglądały, bo nie chłonę przemówień prezesa PiS jak Ewangelii. Gdyby był chociaż premierem czy wicepremierem, wówczas urzędowo interesowałbym się tym, co mówi. Ale że jest tylko przywódcą partii, która na razie ma ponad 20 procent poparcia - mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach ten wskaźnik spadnie - to nie muszę się jego przemowami interesować - komentuje Bartoszewski.
Jego zdaniem ktoś mądry w partii zorientował się, że pomawianie ludzi i ich obrażanie to nie jest sposób na obecność w życiu publicznym - Ktoś - zapewne z powodów rozumowych, a nie moralnych - doszedł do wniosku, że ten sposób postępowania szkodzi im samym. Stąd pewnie przeprosiny - dodał Bartoszewski.