- Nie wiem co będzie dalej - oburza się Madalena Bajer i dodaje, że kultura rozwija się przez obalanie rozmaitych tabu. Podkreśla jednak, że czymś innym jest sztuka, film, a czym innym program publicystyczny, informacyjny. Zapowiedziała, że Rada Etyki Mediów będzie się przyglądała wiosennym planom
TVN-u.
Złodzieje z castingu Po tańczących gwiazdach i nie-gwiazdach stacja chce zaserwować widzom coś zupełnie nowego. Program ma wejść na ekrany wiosną i będzie miał tytuł "Złap złodzieja". Dwóch byłych kryminalistów uchyli w nim rąbka tajemnicy złodziejskiego fachu - teoretycznie w słusznym celu.
Według projektu scenariusza, złodzieje, na oczach kamer, będą włamywali się do domów i mieszkań ludzi znanych i zwykłych obywateli, żeby wynieść z nich kosztowne przedmioty. W założeniu ma to pokazać luki w zabezpieczeniu
nieruchomości. Format programu stworzyła brytyjska stacja BBC. Tam jeden z byłych przestępców włamuje się, a drugi ogląda to razem z okradanym i udziela mu wskazówek jak powinien się lepiej zabezpieczyć w przyszłości.
W polskiej wersji w rolę prowadzących wcielą się dwaj byli kryminaliści: Marek Ksieniewicz i Artur Skarżyński. Pierwszy spędził w więzieniu w sumie 15 lat, drugi 17 lat. Jednym z kryteriów castingu, który wygrali, było to, że obaj dzisiaj prowadzą uczciwe życie, a ich wśród ich przestępstw nie ma gwałtów i zabójstw.
- To jest program edukacyjny dla społeczeństwa. Ludzie często przez swoją nieuwagę, gapiostwo, zostawiają otwarte okno, uchylony lufcik i potem jest płacz i lament, że złodzieje włamali się i okradli ich z dobytku życia - tłumaczy Marek Ksieniewicz. Według niego, nie ma niebezpieczeństwa, że ktoś weźmie zły przykład z prowadzących. Jeśli już to ten pozytywny, że można wyjść na ludzi. Ksieniewicz nie ukrywa, że jest "zawodowcem" i w takiej roli będzie występował. - Trudno wziąć kogoś z ulicy, żeby np. pan Fronczewski włamywał się do pani Jandy - przekonuje przyszła gwiazda programu. Podkreśla , że nie będzie zdradzał żadnych tajników złodziejskiego fachu. Daje jednak zrozumienia, że po 40 latach życia w cieniu mógłby być gwiazdą.
Telewizja edukacyjna dla kryminalistów W edukacyjny charakter programu wątpi komisarz Marcin Szyndler, rzecznik prasowy Stołecznej Komendy Policji. - Każdy kij ma dwa końce. Edukując społeczeństwo, będziemy edukować złodziei - mówi. - Jeżeli złodziej pokaże, jak łatwo pokonać zabezpieczenia, to znajdzie się kilku naśladowców - dodaje.
Szyndler przypomina, że
policja bardzo niechętnie ujawnia szczegóły wielu przestępstw, właśnie żeby nie zachęcać naśladowców. Nie nagłaśnia np. fałszywych alarmów bombowych. - Wielu sprawców przyznaje, że chciało osiągnąć taki sam efekt medialny jak poprzednicy - mówi kom. Szyndler. Zauważa też, że niechcący można pokazać łatwy sposób na życie. - Jeśli młody człowiek zobaczyłby, że w 30 sek. można łatwo otworzyć
samochód, to może to uznać za prosty sposób na zdobycie kilkudziesięciu tysięcy złotych - wyjaśnia.
- Skoro pojawi się pewien wzorzec, to pojawi się też pomysł sprawdzenia się - przytakuje dr Jacek Kurzępa, socjolog. Podaje ciekawy przykład z pogranicza polsko-niemieckiego. - Młodzi chłopcy włamywali się do samochodów. Ale nie po to, żeby je kraść, tylko dla rywalizacji. Kto uruchomi więcej, w jak najkrótszym czasie - opowiada Kurzępa.
Cwaniacy prześcigają grypserę Socjolog zwraca też uwagę na kilka rzeczy, z których mogą sobie nie zdawać sprawy twórcy programu. Grypsera, stara gwardia kryminalistów, traci dzisiaj mocno na znaczeniu na rzecz tzw. cwaniaków. To młodzi przestępcy, działający w ramach zorganizowanych grup, którzy uważają, że dzięki pieniądzom załatwią wszystko. Program, w którym "stary" kryminalista zaproponuje jakieś rozwiązanie zabezpieczeń, może pobudzić rywalizację między pokoleniami.
Druga rzecz, to przedstawianie byłych kryminalistów w bardzo pozytywnej roli. - Będą zaprezentowani atrakcyjnie, bo takie są dzisiaj wymogi mediów - podkreśla Kurzępa. I podaje kolejny przykład ze swojej praktyki: młody narkoman, który miał w klasie dziewcząt opowiedzieć o negatywnych skutkach narkomanii, szybko stał się obiektem ich uwielbienia. Miał przynieść refleksję, a otoczony wianuszkiem panienek rozdawał swój telefon. - To był skutek chwilowej utraty kontroli nad procesem - podkreśla socjolog. Tego co będzie się działo w domach widzów nikt jednak nie będzie kontrolował.
- Zamiast przedstawiać pozytywne wzorce, wykorzystuje się różne kontrowersyjne postacie i lansuje je jako bohaterów - mówi Kurzępa.
O komentarz chcieliśmy poprosić Edwarda Miszczaka, dyrektora programowego stacji TVN. Niestety nie był dla nas dostępny.
Bezsilna Rada Etyki W telewizji pokazano już tak wiele, że naprawdę trudno przewidzieć gdzie będzie granica łamania tabu. Po stosunku seksualnym w wannie w programie Big Brother (TVN) wydawało się, że pewne bariery przełamano już bezpowrotnie. A jednak Polsatowi nie udało się wprowadzić na antenę Sławomira Sikory, skazanego za udział w zabójstwie. Miał on poprowadzić program kryminalny o największych polskich przestępstwach. Głosy oburzenia słychać było wtedy z wielu środowisk, także z samego Polsatu. Tomasz Lis, ówczesny szef "Wydarzeń", nazwał ten pomysł niesmacznym. Protestowała też Rada Etyki Mediów. Dzisiaj jej przewodnicząca, Magdalena Bajer, o nowym programie TVN-u mówi krótko: - Taka koncepcja jest chybiona i naganna etycznie.
Niestety jedyne co Rada może zrobić, to przekazać swoją opinię nadawcy, w firmie listu lub ją upublicznić. Nie ma do dyspozycji żadnych sankcji, którymi mogłaby dyscyplinować za obrazoburcze programy.