Śledczy zainteresowali się sprawą po tym, jak na policję zgłosiła się studentka, która po zażyciu jednego z dopalaczy bardzo źle się poczuła.
- Miała zawroty głowy i ogólnie czuła się słabo - mówi zastępca prokuratora rejonowego w Lublinie, Marek Zych. Jak dodaje, śledczy wszczęli postępowanie w tej sprawie i poprosili o opinię biegłych. Pierwsze ekspertyzy wskazują, że dopalacze zawierają substancje psychoaktywne, które mogą różnie działać na organizm człowieka. Dlatego będą kolejne badania.
- W chwili obecnej zleciliśmy Zakładowi Medycyny Sądowej dokładniejszą opinię w zakresie oddziaływania tych środków na organizm ludzki - dodaje prokurator Marek Zych.
Śledztwo lubelskiej prokuratury jest prowadzone w kierunku art. 160. § 1 Kodeksu Karnego, który brzmi: "Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".
Lubelska prokuratura czeka na opinię w sprawie dopalaczy, tymczasem w Polsce rusza
kampania "Dopalacze mogą wypalić". Krajowe Biuro do spraw Przeciwdziałania Narkomanii chce uświadomić młodym ludziom, że dopalacze mogą być groźne. Zawierają substancję, która jest pochodną amfetaminy.
A w Sejmie trwają w tej chwili prace nad zmianą ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Chodzi o wprowadzenie zakazu handlu dopalaczami, czyli substancjami zawierającymi benzylopiperazynę (pochodną amfetaminy).
Sklepom z dopalaczami przyglądały się już m.in. urzędy skarbowe i inspekcja handlowa, a także sanepid. W Lublinie to właśnie Powiatowa Stacja Sanitarno - Epidemiologiczna nakazała zamknięcie sklepu. Inspektorzy stwierdzili, że sklep sprzedawał artykuły spożywcze - zawierające mikroelementy i witaminy, a nie miał na to pozwolenia sanepidu.