Tuż po tym jak Barack Obama złoży uroczystą przysięgę i zostanie 44. prezydentem Stanów Zjednoczonych, do czekającego przed budynkiem Kapitolu autokaru wsiądzie grupa jego 20 najważniejszych doradców. Odjadą w kierunku Alei Pensylwanii numer 1600. Po tym najsłynniejszym w
USA adresem mieści się Biały Dom.
Kalendarz zapełniony po brzegi Kiedy nowo zaprzysiężony prezydent będzie obserwował uroczystą paradę inauguracyjną jego najbliżsi współpracownicy będą przeglądać dokumenty i przygotowywać plan działania, nie tylko na najbliższe dni, ale najbliższe godziny po objęciu urzędu. Wiedzą, że nie mają czasu do stracenia. Zanim jeszcze Waszyngton odpocznie po uroczystych balach i opadnie inauguracyjna euforia, doradcy Obamy zaplanowali już dla niego pierwsze spotkania i narady.
W środę razem z grupą doradców ekonomicznych prezydent omówi poprawki do projektu wielkiej, 900-mld pożyczki dla pogrążonej w kryzysie gospodarki.
Na ten sam dzień zaplanowano spotkanie z doradcami ds. bezpieczeństwa narodowego. -Zgodnie z tym, co zapowiadał w kampanii, prezydent będzie chciał ustalić z generałami plan wycofania w ciągu 16 miesięcy większości amerykańskich oddziałów z Iraku - powiedział w wywiadzie dla telewizji ABC główny doradca polityczny Obamy David Axelrod.
W kalendarzu na najbliższe dni są jeszcze dwie poważne pozycje: zapowiadana wcześniej decyzja o zamknięciu więzienia Guantanamo na Kubie i oczekiwana reakcja nowej ekipy na konflikt w Strefie Gazy.
- Na Bliskim Wschodzie Obama będzie działał szybko - powiedział Axelrod w wywiadzie dla CNN. Obama jeszcze jako prezydent-elekt zapowiadał "agresywne działania dyplomatyczne".
Według wcześniejszych zapowiedzi decyzja o zamknięciu Guantanamo miała zapaść pierwszego dnia po objęciu urzędu. Cytowane przez CNN źródła twierdzą jednak, że nowy prezydent podpis pod decyzją o zamknięciu kontrowersyjnego więzienia (baza, na terenie której leży więzienie, nie będzie likwidowana) złoży kilka dni później.
Zdaniem Roberta Gibbsa, nowego rzecznika prasowego Białego Domu, w najbliższych dniach Obama planuje zająć się wprowadzeniem regulacji w sektorze finansowym. - Musimy to zrobić inaczej, w bardziej przejrzysty sposób. Musimy naprawić ten bałagan. Uda się tylko wtedy, gdy będziemy wymagać więcej od instytucji finansowych - powiedział Gibbs telewizji FOX News.
Modelowe 100 dni Rosevelta To decyzje na najbliższe godziny po objęciu prezydentury. Tradycyjnie, amerykańskie media zastanawiają się jak będą wyglądały pierwsze 100 dni po objęciu urzędu. Ten zwyczaj sięga prezydentury Franklina D. Roosevelta. Podobnie jak Obama obejmował on swój urząd w trudnym okresie. Ameryka pogrążona była wówczas w Wielkim Kryzysie. Roosevelt przejmował stery państwa po niepopularnej, republikańskiej ekipie. Tak jak w 2008 r., Demokratom udało się wtedy uzyskać większość w Kongresie.
- Pierwsze sto dni Roosevelta są określane jako "moment, który zdefiniował amerykańską demokrację" - twierdzi cytowany przez agencję AP publicysta Jonathan Adler. Jego zdaniem zarówno Roosevelt jak i Obama obejmowali urząd z obietnicą wielkich zmian w czasach kryzysu.
- Obama wyznaczył sobie za cel stworzenia 4 mln nowych miejsc pracy, ulg podatkowych dla klasy średniej, funduszy na prace publiczne i reformę systemu opieki zdrowotnej - przypomina Adler. - Obserwując jego dotychczasowe zapowiedzi, Obama wydaje się bardziej aktywny niż Roosevelt, zanim ten objął swój urząd - dodaje.
- Kiedy Obama trafi do Białego Domu będzie miał sto dni, by udowodnić, po co się tam znalazł - przekonuje w komentarzu dla CNN Julian E. Zelizer, profesor historii z Uniwersytetu Princeton. Zaznacza, że termin jest więcej niż symboliczny. W ciągu pierwszych, uznawanych za model odniesienia dla wszystkich amerykańskich prezydentów, stu dni Roosevelta Kongres przyjął aż 15 głównych ustaw.
Nie bez znaczenia jednak był fakt, że w Kongresie zasiadała wówczas demokratyczna większość, która sprzyjała prezydentowi ze swojej partii. Taką samą, komfortową sytuację ma w tej chwili Obama.
Amerykanie czekają na cud Oczekiwania wobec nowego prezydenta są więc ogromne. Przerażeni kryzysem Amerykanie liczą, że nowa ekipa naprawi gospodarkę, ustabilizuje finanse i ustrzeże ich przed widmem bezrobocia. Na razie nowy prezydent zaczyna kadencję z ogromnym poparciem. Z sondażu "New York Timesa" i telewizji NBC wynika, że aż 79 proc. Amerykanów wierzy w lepsze jutro z Obamą. Według sondażu CNN i dziennika "USA Today" wynika, że popiera go aż 83 proc. obywateli!
- Barack Obama zdaje sobie sprawę, że nie jest cudotwórcą. To nie jest tak, że dziś zostanie prezydentem a pojutrze skończy się kryzys - tłumaczy amerykanista, prof. Zbigniew Lewicki.
Lewicki przyznaje, że Obama boi się zawieść wyborców i dlatego "musi być bardzo ostrożny i mówić, że nie będzie łatwo". Jak zaznacza, tych głosów jednak słucha niewielu. Większość oczekuje bowiem, że "Obama zbawi Amerykę".
- Obama obiecał, że wyprowadzi Amerykę z kryzysu. Jeśli to mu się uda będzie bohaterem na pokolenia. Jeśli nie, narazi się na złośliwości "chciał i nie umiał" - przekonuje Lewicki.
"Zakończyć niepopularną wojnę" Kolejnym poważnym wyzwaniem, przed jakim stanie nowa administracja, będą dwie wojny w jakich biorą udział amerykańscy żołnierze. W trakcie kampanii wyborczej Obama zapowiadał szybkie wycofanie amerykańskich oddziałów z Iraku. Początkowo planował podobne działania wobec wojsk walczących w Afganistanie, później zmienił jednak zdanie i zapowiedział nawet zwiększenie amerykańskiego kontyngentu i skuteczną walkę z talibami.
Na środowym spotkaniu z dowódcami armii USA mają zapaść decyzje o wycofaniu Amerykanów z Iraku w ciągu 16 miesięcy. To zdaniem komentatorów ukłon w kierunku lewicowych wyborców, którzy oczekiwali, że Obama jak najszybciej zakończy niepopularną, kojarzoną z Bushem wojnę. - Obama stonował swoje obietnice pod wpływem tego, co mówili mu jego doradcy - przypomina prof. Zbigniew Lewicki.
Zmiana czy kontynuacja? Zapowiedzi Obamy o skierowaniu wycofywanych z Iraku żołnierzy do Afganistanu spowodowały, że amerykańska lewica obawiała się, iż nowa ekipa może kontynuować militarną politykę George'a Busha. Jednym z takich niepokojących ją sygnałów było pozostawienie Roberta Gatesa na stanowisku sekretarza obrony.
Nowe władze zaprzeczają tym zarzutom. Współpracownicy Obamy zapowiadają, że jednym z podstawowych zadań amerykańskiej dyplomacji będzie "odbudowa zaufania do Ameryki, zrujnowanego polityką poprzedniej ekipy".
Pierwszy sprawdzian czeka dyplomację na Bliskim Wschodzie. W najgorętszym momencie wojny izraelsko-palestyńskiej obie strony konfliktu oczekiwały na stanowisko nadchodzącej ekipy. Odpowiedzią było dyplomatyczne milczenie. Jak tłumaczyli doradcy Obamy, chciano uniknąć "dwugłosu". Za politykę zagraniczną odpowiadał bowiem do wtorku urzędujący prezydent
George Bush.
Nadszedł jednak czas na decyzje nowych władz. Według źródeł zbliżonych do nowej administracji pierwszym posunięciem nowego prezydenta ma być wysłanie wysokiego wysłannika na Bliski Wschód. Taką możliwość Barack Obama zasugerował w zeszłotygodniowym wywiadzie dla "USA Today".
Przywrócił nadzieję Symboliczna dla nowej polityki jest zapowiadana wcześniej decyzja o zamknięciu więzienia Guantanamo na Kubie. Wiemy już, że Obama podpisze w najbliższych godzinach decyzję o zamknięciu więzienia w bazie Guantanamo. Niemal na pewno nie wyznaczy jednak żadnego terminu, bo jego doradcy przyznają, że decyzje o tym, co zrobić ze znajdującymi się na Kubie więźniami, zajmą wiele czasu.
Obama niemal na pewno nie spełni wszystkich pokładanych w nim nadziei, bo musiałby być cudotwórcą. Już jednak przywrócił Amerykanom wiarę w siebie, co wystarczy, by został uznany za jednego z ważniejszych prezydentów w historii USA.