- Wiem, że to szokujące, ale jeżeli do końca nie wiadomo, kto spowodował
wypadek, to prokuratura nie miała wyjścia - mówi karnista, prof. Piotr Kruszyński. - W tego typu sprawach obowiązuje zasada domniemania niewinności. Oczywiście innym pytaniem jest, czy prokuratura zrobiła wszystko - dodaje.
Marciusz Moroń, znany w łódzkim światku artystycznym 39-latek, 19 sierpnia 2008 r. jechał rowerem do centrum miasta. Potrącił go polonez truck, który wpadł w poślizg podczas wyprzedzania innego auta. Potrącenie okazało się śmiertelne - Moroń zmarł w szpitalu.
Polonezem jechało dwóch mężczyzn: Dominik K. i Stanisław K. Jeden miał 0,6, drugi 1,8 promila alkoholu we krwi. Żaden z mężczyzn nie przyznał się do prowadzenia auta. Obydwaj zrzucali winę na siebie.
Prokuratura nie umiała ustalić, który z nich jest winien śmierci Moronia, więc umorzyła postępowanie. O sprawie
napisała dziś ''Gazeta Wyborcza Łódź''.
Nikt nic nie widział Według prokurator Małgorzaty Bauer, która nadzorowało śledztwo w prokuraturze Łodź-Polesie, w takiej sytuacji nie można oskarżyć dwóch osób o spowodowanie wypadku samochodowego. - Przede wszystkim nie było świadka, który wskazałby, kto siedział za kierownicą, ani też takiego, który powiedziałby, kto wsiadał do samochodu od strony kierowcy - tłumaczy Bauer.
Jeden ze świadków wskazał co prawda, że kierowca ubrany był w żółtą koszulkę, ale ponownie przesłuchany zmienił zeznanie i przyznał, że nie widział, kto prowadził. Taką koszulkę miał Dominik K. i wstępnie to jemu prokuratura zarzuciła potrącenie Moronia. Musiała jednak uwolnić go od zarzutów. Zwłaszcza, że kolejne przeprowadzone ekspertyzy nie wskazały jednoznacznie, kto kierował
autem.
"Nie było podstaw" - Jeśli nie ma świadków, to sprawcę wypadku w tego typu sprawach wskazują zwykle obrażenia - tłumaczy kierownik Katedry Postępowania Karnego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Piotr Kruszyński.
- Uderzenie nie było zbyt mocne i dlatego ślady na ciałach Dominika K. i Stanisława K. nie wskazywały, kto kierował, a kto siedział obok - mówi prok. Bauer. - Taką opinię wydał lekarz sądowy.
Pobrano zatem ślady biologiczne z fotela pasażera, dźwigni zmiany biegów i prawych drzwi. Jednak według biegłych ilość DNA w próbkach uniemożliwiała identyfikację. Na kierownicy nie znaleziono również śladów linii papilarnych, które nadawałyby się do identyfikacji.
- W oparciu dowody, jakimi dysponowaliśmy, nie było podstaw do skierowanie aktu oskarżenia. Prokuratura nie miała wyjścia - twierdzi prok. Bauer, która w grudniu umorzyła sprawę z powodu niewykrycia sprawcy.
"Był cały szereg uchybień" Z takim uzasadnieniem nie zgadza się Maciej Łukaszewicz, adwokat wynajęty przez Barbarę Moroń, matkę śmiertelnie potrąconego..
- Pracuję nad odwołaniem od decyzji prokuratury - mówi adwokat. Według "cały szereg czynności" nie zostały przeprowadzone przez prokuraturę albo zostały przeprowadzone nieprawidłowo. Ich liczbę określa na dziewięć, nam zdradził tylko, że prokuratura nie przeprowadziła wizji lokalnej. - Nie mogę dziś powiedzieć nic więcej.- powiedział Łukaszewicz. - Mogłoby być to ostrzeżenie dla podejrzanych - dodał.
- Wizji lokalnej faktycznie nie było, ale mamy całą dokumentację z miejsca zdarzenia - odpowiada prok. Bauer.
Według niej nie ma wątpliwości co do przebiegu zdarzenia. - W którą stronę kto jechał, jak doszło do uderzenia, w jaki sposób
samochód się wykręcił na jezdni. Nie mamy też wątpliwości co do kierunku jazdy samochodu czy sposobu utraty nad nim panowania - dodaje Bauer. Prokuratura ma na to świadków, w tym kierowcę, który jechał za polonezem, a wcześniej został przez niego wyprzedzony.
- Czekamy na zażalenie pełnomocnika pokrzywdzonej, jeżeli będzie ono zawierać wnioski dowodowe, czy wnioski o powtórzenie jakiejś czynności procesowej, będziemy rozważać zasadność i potrzebę przychylenia się do nich - mówi prok. Bauer. - W każdym przypadku, w którym jest wątpliwość, kto kierował pojazdem, wykonujemy wszystkie czynności i korzystamy z pomocy biegłych, aby ustalić sprawcę - dodaje.
W tym przypadku jednak prokuratura nie była w stanie ustalić, który z dwóch mężczyzn był sprawcą.
"Bandyci są wolni" Matka oraz przyjaciele Moronia są poruszeni, że nikt nie odpowie za jego śmierć. 150 osób podpisało się dotąd pod
listem otwartym adresowanym do prokurator Bauer.
"Wyrok prokuratury oznacza dla nas pogardę dla ludzkiego życia. Taką pogardę mieli bandyci wsiadający pijani do samochodu, którym wyruszyli na śmiercionośną przejażdżkę ulicami Łodzi" - piszą w liście. "On nie żyje, oni są wolni: nie postawiono im żadnych zarzutów, nie odebrano prawa jazdy, utwierdzono w przekonaniu, że tutaj, w Polsce, można bezkarnie pić, a potem wsiąść w samochód i zabić człowieka".