Nowy prezydent jeździ nową limuzyną - to niepisana zasada, od dawna obowiązująca w Waszyngtonie. Od 1993 r. dostawcą prezydenckich pojazdów jest firma Cadillac, należąca do koncernu General Motors.
Dla Baracka Obamy przygotowano prawdziwe cacko. To na oko połączenie kilku modeli koncernu GM, w efekcie którego powstał prawdziwy kolos, słusznie nazywany "Bestią".
Na podwoziu SUV-a, Chevroleta Suburban, konstruktorzy umieścili pancerne nadwozie. Specjaliści podejrzewają, że częściowo zostało wykonane z nowoczesnych materiałów kompozytowych. Dokładne dane są jednak tajne. Lekkie, kosmiczne, materiały są wytrzymałe i względnie lekkie, ale
auto i tak waży ok. 8 ton. Same drzwi mają 20 cm grubości. O pancernych szybach już nawet nie warto wspominać.
Ten mobilny bunkier posadowiono na 19,5-calowych oponach, których nie można przestrzelić. Napędza go ośmiocylindrowy silni benzynowy, o mocy 600 KM, która dzięki specjalnemu systemowi wtrysku paliwa, może być chwilowo zwiększona do 1000 KM. Daje to nie tylko niesamowitego kopa, ale jest kluczowe np. dla ucieczki takiej masy przed niebezpieczeństwem.
O ile karoseria zapewnia bezpieczeństwo, należne najlepiej na świecie strzeżonej głowie państwa, to w niczym nie ujmuje komfortu i funkcjonalności. Oprócz 10-płytowego odtwarzacza CD, Barack Obama będzie miał do dyspozycji także kilka telefonów, łącze satelitarne i internet. Jak twierdzą fachowcy, można śmiało stwierdzić, że wiele rozwiązań jest najbardziej zaawansowanych technicznie na świecie. David Caldwell, rzecznik prasowy GM, nie chciał jednak zdradzić dziennikarzom, czy "Bestia" ma, popularną w samochodach cywilnych, stację dokującą dla iPoda. - Nie brakuje mu supernowości - zapewnił.
Według zapewnień konstruktorów limuzyna jest odporna m.in. na ostrzał rakietowy lub upadek meteorytu. Wybuchy być może ograniczą komfort jazdy, ale na pewno nie zatrzymają "Bestii" w drodze na Kapitol.