Studentki nie stoją na ulicach. Mają wielkie wzięcie w agencjach towarzyskich, bo miłe, umieją sensownie porozmawiać z klientami, którzy często równie gorąco jak seksu potrzebują wygadania się, zrozumienia i odrobiny uwielbienia kobiecego. Taka łatwiej umie być słodką idiotką, samarytanką albo sawantką - nasz klient, nasz pan. Zwłaszcza jeśli już nabyła w agencji trochę doświadczenia i pozbyła się początkowych frustracji.
To wcale nie jest lekki chleb, zajęcie bywa obrzydliwe, bo trzeba przy tym tłumić wstręt i gwałcić siebie samą, choć, jak twierdzą znawcy przedmiotu, bywają osoby, które właśnie lubią seks na tony i z kim popadnie.
Wiele agencjuszek marzy o znalezieniu wśród klientów męża albo partnera na stałe i to się zdarza wcale nierzadko - mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, autorka książki "Psychologiczne aspekty prostytucji". A jeśli nie męża czy stałego narzeczonego, to przynajmniej sponsora. Mając takiego zarabia się mniej, ale komfort pracy jest wyższy.
Sponsorowana, jak należy przypuszczać, rzadziej staje się sponsorowaną, przechodząc do tej funkcji z
agencji towarzyskiej niż wprost z życia. Badań na ten temat nie ma, ale niektóre z nich poznały zapewne przedsmak zajęcia już w liceum, w układzie: hojny facet w garsonierze i dochodząca po lekcjach lolitka.
Większość sponsorowanych zahacza się jednak o zajęcie będąc na uczelni. Studentka, jeśli chce mieć sponsora, rzecz jasna, świetnie się do tego nadaje z powodu tych samych zalet co w agencji. Już sam jej status musi być dla sponsora pociągający. Oto ktoś, kto uczy się, rozwija, a on w tym pomaga pełniąc rolę mecenasa - czyż to wręcz nie rozgrzesza?
Z tego względu żadna z dziewczyn nie powie o sobie po przedwojennemu: utrzymanka. Ani, Boże broń, prostytutka, podkreśla Marika Szczęśniak z resocjalizacji na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, pisząca pracę magisterską o sponsoringu studenckim.
Te z agencji, mówi Joanna Sztobryn-Giercuszkiewicz, uważają, że to ich fach stały lub tymczasowy, ale jest, jaki jest. Sponsorowane zaś inaczej. Marice mówiły, że prostytutka nie wybiera klienta. Wchodzi na nią kto i jak chce. Sponsorowana zaś, zwłaszcza ładna, nie tylko wybiera, ale w umowie o dzieło może zastrzec, co z seksu wchodzi z jej strony w rachubę, a co nie. Co więcej, zdarza się, że sponsora wręcz lubi. Jedna z tych, z którymi rozmawiała Marika, ma swego z branży filmowej, obcokrajowca. Miły, kulturalny facet. Chętnie się z nim spotyka i śpi. Ale nie chciałaby wyjść za niego, bo jest już jego drugą sponsorowaną. Jako ewentualna żona bałaby się kolejnych.
Żaden tłuk Do sponsoringu trafia się z ogłoszenia w prasie, w Internecie, z przypadku albo z polowania. Z ogłoszenia w Internecie jest najprościej. Studentka lubiąca seks, dyskretna, bezpruderyjna, namiętna, ofiarna (dam z siebie wszystko), doświadczona lub nie, drobna, obfita, filigranowa, rubensowska, rude, czarne, blondyny, wymiary, numer biustonosza (mała trójeczka) - nic co studenckie nie jest nam obce. Tylko brać. I jest branie. Na anons przychodzi fura konkretnych odpowiedzi romantycznych, czułych, obscenicznych oraz biologiczno-wymiotnych.
Co się tyczy portfela, panowie są możliwości średnich lub trochę ponad. Owszem, może wynająć studentce mieszkanie plus opłaty. Lub czesne i utrzymanie za dochodzenie z akademika do jego
mieszkania w czasie nieobecności żony lub do garsoniery, pokoju znajomych itp. Czasem jakiś prezent.
Lektura ogłoszeń szukających sponsora pozwala przypuszczać, iż podaż jest tak duża, że aby sprawić sobie sponsorowaną, wystarczy dysponować mieszkaniem. Żadnych innych kosztów, dodają często kandydaci.
Renata Gardian, autorka książki "Zjawisko sponsoringu jako forma prostytucji kobiecej", zamieściła w Internecie anons ze zdjęciem, że szuka sponsora. Zgłosiło się 239, w tym 64 kandydatów na sponsorów, z którymi prowadziła długotrwałe rozmowy sondujące. Mieli przeważnie 20-29 lat, wykształcenie wyższe lub jeszcze studiowali i pochodzili z dużych miast, głównie z Warszawy, która staje się centrum sponsoringu w kraju. Byli wśród nich ekonomiści, menedżerowie, informatycy, lekarze, znane osoby z telewizji, pilot, makler, filozof. Rozwiedzionych i wdowców - ni śladu. Żonaci, owszem, tym nie dogadza w seksie żona albo im w łóżku zbrzydła. Ale większość to kawalerowie, którzy robią karierę zawodową i nie mają czasu na kwiaty, spacery, kina i podobne ceregiele wstępne, a potrzebują seksu od kogoś na stałe, co bardziej zabezpiecza przed chorobami płciowymi niż uczęszczanie do agencji.
Poza Internetem i gazetą z rubrykami "dam i szukam pracy", sponsora można poznać na basenie, w kawiarni, w kinie, na ulicy, wszędzie, gdzie wpadnie mu w oko ładna, rozumnie wyglądająca, nie żaden tłuk, dziewczyna z torbą wypchaną książkami albo z teczką do noszenia rysunków.
Umowa o dzieło Sponsorów ma się także z polowania oko w oko w realu. Marika mówi, że są do tego wyznaczone tereny. W Bydgoszczy na przykład jest to jeden z supermarketów. Kandydatki przechadzają się tam wymachując butelką coca-coli, co jest znakiem rozpoznawczym. Sponsoruj mnie męską ręką, jak śpiewano w STS w czasach, kiedy sponsoring był rzadziej praktykowany (choć obecny).
Ci sponsorzy też nie muszą być jacyś super. Bo super są dopiero wyjęci z imprez z udziałem biznesmenów i innych nadzianych, z imprez towarzyskich, integrujących, bankietów, pokazów, wernisaży, balów, obchodów urządzanych w eleganckich klubach, pubach i restauracjach. Na imprezach tych trafić na poważnego sponsora to jest dopiero coca-cola.
Szanse na pomyślny wybór mają tam zwykłe bywalczynie, a także hostessy, wolontariuszki oraz te, które przybyły ze sponsorem w charakterze jego damy zdobycznej (co często wchodzi w skład umowy o dzieło) i dyskretnie mogą obecnego zamienić na bardziej zasobnego lub znaleźć dodatkowego.
W badaniach prof. Teresy Sołtysiak z Uniwersytetu w Bydgoszczy wystąpiła sponsorowana, mająca czterech sponsorów (dwóch z zagranicy), którzy rzecz jasna nie wiedzieli, że przyprawia im rogi. Sponsor, który sobie upatrzy dziewczynę, może sam podejść i zaprosić na drinka albo posłać w tym celu kelnera: ten pan uregulował za panią rachunek, ten pan panią zaprasza.
Sponsora można także uzyskać przez znajomość z inną sponsorowaną. One strasznie boją się rozpoznania, mówi prof. Sołtysiak. Bardziej niż zakażenia jakąś francą, bardziej niż ciąży. Czasem wie najbliższa przyjaciółka, już sponsorowana, która namówiła i naraiła sponsora dla kumpelki. Prof. Sołtysiak natrafiła na sponsorowaną, której rodzina wiedziała o zajęciu córki. Wie, co robi, jest dorosła - powiedzieli. Ale na ogół sponsorowane mówią, że zabiliby mnie, wyklęli, wyrzucili.
Poważnym zmartwieniem, prócz strachu przed rozpoznaniem, mówi Marika, jest kwestia, jak wytłumaczyć rodzinie nagłe pojawienie się drogich ubrań,
perfum, kosmetyków. Opowiadają wtedy, że dostały dorywczą pracę w ambasadzie, jako bony u bogatych itd.