Niedzielną aukcję odwołano już w Piotrkowie. W innych sztabach wciąż się nad tym zastanawiają. Wątpliwości wiążą się ze strachem przed utratą korzyści. Licytacje co roku przynoszą miliony złotych. W tym roku byłoby podobnie, ponieważ do sprzedania są m.in. kask kierowcy Formuły 1 Fernando Alonso, porsche Agaty Kuleszy, gadżety podarowane przez Dodę oraz autograf Dalajlamy.
Do sztabów WOŚP dotarła już podpisana przez Owsiaka instrukcja, w której tłumaczy on jak obejść zakaz licytowania. Wolontariusze mogliby np. kontaktować osoby sprzedające z kupującymi unikając w ten sposób prowadzenia licytacji jako takiej.
Wiele sztabów rezygnuje jednak z licytowania, ponieważ nie chce łamać prawa. - Obawiam się, że wielu darczyńców może się wycofać. Będą zdenerwowani jeśli się okaże, że muszą się osobiście fatygować na aukcję.
Skąd całe zamieszanie? Rzecznik WOŚP, Krzysztof Dobies, twierdzi, że bałagan wprowadziła decyzja
MSWiA.
- Otrzymaliśmy pismo, z którego wynika, że sztaby regionalne nie są podmiotami prawnymi, a zatem nie mogą przyjąć na własność przedmiotu, a potem go zlicytować. Zamieszanie wynikło z tego, że w ubiegłym roku jeden ze sztabów przyjął taką darowiznę. Pojawiły się problemy z rozliczeniem licytacji.
Jerzy Owsiak jako winnych całego zamieszania wskazuje urzędników. - Nasze licytacje zawsze były rozliczane bardzo skrupulatnie. Nagle urzędnik wymyślił sobie, że nie daje na to zgody.
Innego zdania jest samo MSWiA. Według rzeczniczki ministerstwa, Violetty Paprockiej, fundacja Owsiaka nie dostała zgody na licytację, bo o nią nie prosiła.
Jeśli WOŚP przeprowadzi aukcje nielegalnie może spodziewać się sankcji prawnych. Mimo to, rzecznik Krzysztof Dobies zapowiada: Będziemy licytować tak, jak robiliśmy to od 17 lat.