Prezes PLK: Liga była chora

Rozmawiał Łukasz Cegliński
2008-12-22 , aktualizacja: 21.12.2008 21:35
A A A Drukuj
- Odbudowywanie czegoś z gruzów nie odbywa się na zasadzie entuzjazmu, tylko ciężkiej pozytywistycznej pracy. I nie zgodzę się, że od lat jesteśmy na równi pochyłej - my pozycję koszykówki powoli poprawiamy - mówi prezes Polskiej Ligi Koszykówki Janusz Wierzbowski.
Od lewej: Janusz Wierzbowski, Andrej Urlep, Wiesław Zych, Saso Filipovski i Eugeniusz Kijewski
Fot. Mieczys3aw Michalak / AG
Od lewej: Janusz Wierzbowski, Andrej Urlep, Wiesław Zych, Saso Filipovski i Eugeniusz Kijewski
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Łukasz Cegliński: Prezes PZKosz Roman Ludwiczuk, poproszony o komentarz do stwierdzenia, że Polacy odkochali się od koszykówki, powiedział, że to taka niesprawiedliwa opinia, że wcale tak nie jest. Jakie jest Pana zdanie?

Janusz Wierzbowski: Zgodzę się, że ocena koszykówki nie do końca jest sprawiedliwa. Podczas meczów ekstraklasy hale są wypełnione niemal w całości i trudno podzielać pogląd, że koszykówka ciągle idzie na dno. I wcale nie patrzę przez różowe okulary, tylko porównuję to, co było kilka lat temu. W 2001 roku ze względu na nowelizację ustawy antyalkoholowej ze sponsorowania wycofała się Kompania Piwowarska, skończyły się pieniądze i co za tym poszło - obecność w telewizji. Teraz powoli wracamy do dobrych czasów, także poprzez promocję - w styczniu i lutym zespoły ekstraklasy zagrają pokazowe mecze w ośmiu miastach polski, gdzie nie ma koszykówki na najwyższym poziomie. Do tego na początku 2009 roku organizujemy wspólnie z Asseco finał Pucharu Polski w Rzeszowie, a także Mecz Gwiazd. Co więcej można zrobić w tak krótkim czasie? Nasze działania promocyjne może dopełnić tylko sukces reprezentacji.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

- Nie ulega wątpliwości, że kilka lat temu koszykówka była bardziej popularna. Ale odbudowywanie czegoś z gruzów nie odbywa się na zasadzie entuzjazmu, tylko ciężkiej pozytywistycznej pracy. I nie zgodzę się, że od lat jesteśmy na równi pochyłej - my pozycję koszykówki powoli poprawiamy. W poprzednich sezonach mieliśmy do wyboru - albo 2,5 mln złotych pompujemy w biedne kluby, albo przeznaczamy je na promocję. Zdecydowaliśmy się na to pierwsze.

Ale od lat kluby upadają - Noteć Inowrocław, Unia Tarnów, Polak Świecie, Śląsk Wrocław. Teraz problemy organizacyjne ma Znicz Jarosław.

- Przepisy są takie, że klub może mieć każdy. Jeśli właściciele - pan Medeński w Świeciu i pan Siemiński we Wrocławiu - chcą się wycofać, to mają do tego prawo. W przypadku pozostałych klubów działa selekcja naturalna - ona musi nastąpić.

Już trzy lata temu mówiłem, że nadchodzi czas, aby zastanowić się nad ligą bez spadków, ale najpierw trzeba to przemyśleć w aspektach prawnym, sportowym i szkoleniowym. I kto wie, być może za miesiąc przedstawimy swój konkretny pomysł na ligę zawodową.

Jaki?

- Mam koncepcję, ale nie chcę o niej mówić. W moim odczuciu będzie to rewolucja, ale najpierw muszę uzyskać akceptację klubów i PZKosz. Poza tym, podnoszenie wymogów licencyjnych jest już w jakimś sensie zamykaniem ligi.

Może należało wykonywać takie zdecydowane ruchy wtedy, kiedy Noteć wystawiając przypadkową zbieraninę przegrała wszystkie mecze w sezonie?

- W latach 2002-04 nie mieliśmy żadnych kryteriów gry w PLK. Kluby się zgłaszały, a tabuny zawodników nie dostawały pensji. Teraz, mówiąc o wymogach dotyczących budżetu i wypłacalności, rozmawiamy o pewnym elementarzu. Ale do niego trzeba było przekonać kluby i wprowadzać go stopniowo.

Dlaczego w ostatnich latach liczba drużyn w PLK wzrastała?

- Planując zmianę systemu rozgrywek zwracamy uwagę na dwa elementy - chcemy przyciągnąć kluby z dużych miast i to się dzieje. Ale z drugiej strony nie chcemy wycinać na siłę mniejszych ośrodków, które generują pieniądze dla koszykówki. Byliśmy w tak złej sytuacji, że nie mogliśmy sobie pozwolić na stratę takich klubów. Teraz wymagamy minimum 1,5 mln złotych budżetu, za rok będą to 2 miliony. Za dwa lata - 2,5 mln. Krok po kroku podnosimy poprzeczkę i kluby zaczynają rozumieć, że to przyniesie efekt.

Mam wrażenie, że w PLK o wielu rzeczach się mówi, ale z tych deklaracji niewiele wynika. Brakuje radykalnych, być może bolesnych, ale potrzebnych decyzji. Kryzys nie trwa od pół roku.

- Zgodzę się co do jednego - w środowisku dziennikarskim za mało jest takich rozmów jak nasza. Biję się w piersi - to zaniechanie. Miałem projekt, aby przynajmniej raz na miesiąc spotykać się z dziennikarzami piszącymi o koszykówce, bo między ligą, a nimi nie zawsze jest dobry przekaz informacji. A my naprawdę podejmujemy akcje, które wymagają od nas wielkiego zaangażowania. Zmiany w komunikacji z mediami nastąpią bardzo szybko.

Może w PLK brakuje tego, o co jest najwięcej pretensji: fachowców i działu marketingu. Pan jako prezes jest odpowiedzialny za wszystko.

- Marketing ma odpowiadać za realizację zapisów. Z Dominet Bankiem byliśmy umówieni na konkretne działania i mój dział marketingu był odpowiedzialny za ich wykonanie. Co miesiąc wysyłaliśmy do sponsora całą dokumentację, zdjęcia itd. To jest roboczy marketing. A na zewnątrz? Przecież, jeżeli chcemy się napić piwa, to nie tworzymy browaru. Ja podpisuję umowy na wykonanie konkretnych akcji promocyjnych z odpowiednimi firmami. Sprowadziłem od sponsorów kilkadziesiąt milionów złotych i nie zgodzę się z teoretykami, którzy mówią, że szanse nie zostały wykorzystane. Sprowadzenie pieniędzy wymaga wielu umiejętności i nie jest łatwe. A mnie zarówno w klubie, jak i w lidze to się udało. Proszę uwierzyć, że to nie jest tak, że sponsorzy dobijają się drzwiami i oknami.

A może problem w PLK nie leży w sprowadzaniu pieniędzy tylko w ich wykorzystywaniu?

- Powtarzam: są dwie możliwości - albo promocja, albo zasilanie klubów. Skoro kluby zaczęły się wykrwawiać, to trzeba było im pomóc. Opłacamy sędziów, komisarzy, licencje - od września liga wydała na kluby 400 tys. złotych. A w poprzednim sezonie PLK przekazała do PZKosz niemal milion złotych za licencje dla zawodników, których sprowadzały kluby i dodatkowe 300 tys. złotych na szkołę trenerów. 40 młodych szkoleniowców ma szansę udoskonalania się w ciągu trzyletnich kursów.

Jaki jest roczny budżet PLK?

- Oscyluje w granicach 3 mln złotych. Mimo tego, że nie ma teraz sponsora.

W wywiadzie dla "Basketu" powiedział Pan, że PLK sama z siebie nie jest się w stanie zmienić więcej niż o 20 proc. Jak należy to rozumieć?

- Na przykład tak, że liga prowadzi szkolenia dla klubów. Rok temu zorganizowaliśmy prezesom spotkanie z agencją marketingową, aby zasygnalizować problemy. Teraz jesteśmy w fazie realizacji - inna agencja doradza klubom, co mają robić. One to mają wykonywać.

Ale czy to jest istniejący już wymóg?

- W przyszłym sezonie będzie na 100 proc.

Mówimy także o oprawie meczowej, o tworzeniu widowisk?

- Tak, prezesi teraz wiedzą, co mają robić, kiedy ich spotkania są transmitowane w telewizji.

Ale takich spotkań jest niewiele - w meczach, które transmitowane nie są, nie ma żadnych atrakcji.

- Zaproszę pana do Krosna, Chojnic czy Białogardu na jeden z naszych meczów promocyjnych, które rozpoczynają się już w styczniu.

Ja pytam o to, dlaczego w lidze już teraz nie ma wymogu dotyczącego oprawy meczowej. To poprawia odbiór dyscypliny.

- Wprowadzimy go od nowego sezonu. Do tej pory były ważniejsze sprawy do załatwienia niż przysłowiowe baloniki na druciku.

Dlaczego dopiero od nowego sezonu? Dlaczego nie ma takiego przepisu od kilku lat?

- Kolorowe baloniki, konkursy itd. są potrzebne, ale dopiero wtedy, kiedy ma się zdrowy organizm. My natomiast mieliśmy chorego pacjenta, którego trzeba było leczyć - zarówno, jeśli chodzi o związek, jak i ligę. Najpierw trzeba było ratować pacjentowi życie, a nie zajmować się liftingiem. W pierwszej kolejności musieliśmy zadbać o niezbędne zmiany organizacyjne. Teraz współpracujemy z klubami, jeśli chodzi o marketing - czy inne ligi robią takie szkolenia? Nie robią. I nie chodzi o to, że wrzucam innym dyscyplinom kamyczek do ogródka - np. siatkówka ma tak silne wsparcie reprezentacji, że nie musi tego robić. Ja muszę. Czasem na zasadzie odrabiania zaległych lekcji.

Na Pana biurku leżą ponoć projekty, które czekają tylko na pieniądze i lada dzień ruszają. O co konkretnie chodzi?

- O Promo Tour Truck. Wielka ciężarówka sprowadzona z USA ze specjalną naczepą - ona będzie jeździć np. na Pomorzu - Kołobrzeg, Koszalin, Słupsk, Ustka, Łeba itd. Codziennie wieczorem zapraszamy na imprezę - z jednej strony naczepa rozkłada się w dwa telebimy okalające boisko do koszykówki, a z drugiej jest scena, na której gra DJ. Ludzie przychodzą bawić się w koszykówkę przy dobrej muzyce. Ten projekt czeka na pieniądze.

Razem z prezesem Ludwiczukiem powtarzacie, że poważny sponsor pojawi się lada dzień.

- Rozmowy nie dotyczą kilku milionów. To coś poważniejszego. Więcej nie powiem.

To ma być sponsor dla PLK, PZKosz, dla polskiej koszykówki?

- Dla tego, co jest najważniejsze.

Reprezentacji?

- Tak, ale nie tylko. Nie chcę się nad tym rozwodzić. Kiedy tylko pieniądze się znajdą, to wspaniała ciężarówka zacznie jeździć po Polsce.

Znów pytanie - dlaczego nie zaczęła dwa lata temu? Był Dominet Bank, pieniądze były poważne.

- Powtarzam: pompowaliśmy te pieniądze w kluby. One łatwo przyzwyczaiły się do tego, że liga płaci.

A za co liga płaciła?

- Za sędziów, komisarzy.

Teraz jest tak samo, a sponsora nie ma. To znaczy, że w czasach Dominet Banku pieniądze i możliwości były większe.

- Nie, pieniądze rozkładały się równolegle. Pyta mnie pan gdzie są pieniądze? Mówiłem już o 900 tys., które poszły do PZKosz.

Dlaczego liga przekazała je związkowi?

- Tak się umówiliśmy z PZKosz.

Nie czuje się Pan czasem ograniczony gorsetem klubów i związku? Rada Prezesów przy PLK nie ma mocy sprawczej, ale z jej zdaniem musi się Pan liczyć. Prezes Ludwiczuk, jako szef rady nadzorczej PLK, też ma duży wpływ na ligę.

- Wiele osób chciałoby usłyszeć inną odpowiedź, ale współpraca z prezesem Ludwiczukiem układa się bardzo dobrze. Obowiązują nas do bólu szczere zasady. Proszę pamiętać, że w spółce akcyjnej, a taką jest PLK, nie jest łatwo przekonać akcjonariuszy, czyli kluby, do wielkich zmian. Kluby zrozumiały jednak, że pewne zmiany są konieczne - np. zmniejszenie rady nadzorczej z 17 do 5 osób. Ewoluujemy. Nie mówię, że jest cukierkowo, ale Ludwiczuk i Wierzbowski mówią jednym głosem i promocja będzie wspólna. Ale stopniowo - szybciej czasem się nie da.

Jak to jest z obecnością koszykówki w TVP - z Pana wypowiedzi wynika, że jest Pan bardzo zadowolony. Ale liczby nie kłamią.

- Może nie do końca obraz jest taki jak pokazują media, ale na pewno trudno być zadowolonym. Oglądalność jest efektem pewnej koniunktury związanej z dyscypliną. Składają się na to sukcesy reprezentacji, pojedynczych klubów jak również czynniki zewnętrzne, jak choćby popularność NBA. Odbiliśmy się od dna i powolutku odbudujemy miejsce należne koszykówce.

"Gazeta" informację o niskich oglądalnościach uzyskała od profesjonalnej firmy monitorującej rynek.

- Ani moje, ani dane, o których Pan wspomina nie są zadowalające. Porozmawiamy o tym, gdy uda nam się odbudować wartość medialną dyscypliny.

Dlaczego PLK wciąż nie ma umowy z TVP?

- Dopinamy szczegóły.

Od lipca?

- Obie strony mają do siebie zaufanie, jesteśmy w telewizji publicznej, tu się nic nie zmieni.

Zaufanie jest korzystne, ale jak przyjdzie egzekwować, albo renegocjować warunki, trzeba mieć umowę.

- Powtarzam: mamy do siebie zaufanie i przez dwa lata zostajemy w TVP, bo tak się umówiliśmy.

Podobno szef sportu w TVP Robert Korzeniowski traktuje PLK jako syna marnotrawnego po tym, jak dwa lata temu liga wyszła z TVP.

- Dwa lata temu przeszliśmy do Polsatu, bo tego chciały kluby. Miały wątpliwości, a Polsat kusił otwartymi transmisjami w TV4. W pierwszym sezonie tak było, potem wypadliśmy z TV4 ze względu na niską oglądalność, przez moment liga znalazła się w Polsacie Sport Extra, który ma mniejszy zasięg. Teraz Polsat oferował przedłużenie umowy o kolejny rok - kluby ją odrzuciły i wybrały z powrotem TVP.

Pana zdaniem to dobrze?

- Ja zawsze chwalę partnera, z którym współpracuję. Uważam, że nasza współpraca będzie się rozwijać.

Zachętą były transmisje w ośrodkach regionalnych, ale jest ich bardzo mało.

- Będzie więcej. Rozmawiam na bieżąco z Robertem Korzeniowskim. Jesteśmy w TVP także dlatego, że tu pokazywane będą mistrzostwa Europy. Chodzi o to, żeby widz nie szukał po kanałach, tylko wiedział, że koszykówka jest w TVP.

Ale reprezentacja - drużyna sezonowa - zagra dopiero za pół roku, w regionach transmisji nie ma, a TVP Sport trzeba szukać i to wnikliwie.

- Ja jestem realistą i mówię: liczę na transmisje w regionach. Kluby mają otwarte drzwi - niektóre lepiej, inne gorzej przebijają się w swoich ośrodkach.

Czy ma sens finansowe dokładanie się klubów lub ligi do transmisji w regionach?

- Tak, bo dzięki relacjom kluby mogą zdobywać reklamodawców.

Pan często mówi, że choć nie ma sponsora, to pieniądze są - może liga powinna się dokładać do transmisji?

- Na razie są bardzo sporadyczne przypadki. Czy powinno być ich więcej? Docieramy się i pracujemy nad tym, żeby relacji było więcej.

Po czyjej stronie w takim razie jest piłka?

- TVP i klubów. Ale liga też może siąść do stołu i rozmawiać.

Kto wybiera mecze do transmisji?

- Ja, ale są też propozycje ze strony TVP, którą ogranicza logistyka. Tak samo było w Polsacie Sport.

Może powinien Pan wybierać, co tydzień mecze drużyn, które są najlepiej oglądane? Wystawiać na witrynę najlepszy towar?

- Tak, ale inne kluby też grają w tej lidze. I trzeba pokazywać mecze także tych drużyn. Gdyby tak nie było, zaczęłyby się pretensje. Ale im dalej w sezon, tym wybór meczów będzie atrakcyjniejszy.

Co z Meczem Gwiazd?

- Odbędzie się, prawdopodobnie pod koniec marca. Poprzedni termin - początek miesiąca - kolidowałby z finałem Pucharu Polski, który na przełomie lutego i marca odbędzie się w Rzeszowie. Do organizacji Meczu Gwiazd jest kilku kandydatów - miejsce rozstrzygnie się w najbliższych dniach. W grę wchodzą m.in. Wrocław, Warszawa, Bydgoszcz.

Co Pan uważa za swoje największe sukcesy w zarządzaniu PLK?

- To, że udało mi się przyprowadzić do ligi pieniądze. Cztery lata temu PLK jako spółka mogła przestać istnieć, ale udało ją się obronić i to nie na zasadzie "każdy sobie rzepkę skrobie", tylko jako scaloną organizację. Za swój sukces uważam także reaktywację Meczu Gwiazd. Pozytywem jest także stworzenie konstytucji marketingowej PLK, czyli tego porządkującego elementarza. PLK to również samodzielna marka w koszykówce. Tego nie można bagatelizować, mówiąc o sukcesach.

A jakie są pańskie porażki?

- Należę do osób, które nie lubią pustki i chciałbym zawsze robić więcej i szybciej. Niektórych projektów nie udało mi się zrealizować.

Jakich?

- Nie chcę mówić o konkretach, ale są to pewne kwestie związane z reorganizacją ligi, z promocją, z sędziami. Ale nie zawsze da się wszystko zrobić. Negatywem jest także ta sinusoida z transmisjami telewizyjnymi, choć jeśli cofniemy się o pięć lat, to przypomnimy sobie, że koszykówki w telewizji w ogóle nie było.

Pan jest prezesem od 2002 roku.

- Od końca 2002 roku, mówią dokładnie. Te bez mała sześć lat uważam za dobrze przepracowane, chociaż nie unikam odpowiedzialności za sprawy, które nadal nie funkcjonują jak należy.

To w końcu dobrze jest z tą koszykówką czy źle?

- Dobrze nie jest, ale postrzeganie dyscypliny jest gorsze niż wygląda to faktycznie.

Dziennikarze źle ją opisują?

- Uderzyłem się w piersi - być może brakuje większej ilości informacji z ligi o naszych działaniach. Zła ocena wynika z braku wiadomości o tym, co przez cały czas robimy.

Podziel się