Polacy policjantami na obczyźnie

Trzej Polacy, Artur, Marcin i Maciek, to gliniarze. Dwaj pierwsi ganiają bandziorów w USA, a trzeci w Irlandii. Żaden z nich nie chce wracać do kraju - tam, gdzie są, zarobią znacznie więcej i są bardziej szanowani.
Artur: z Gdańska do Elmhurst

Ojciec Artura był w Solidarności. W stanie wojennym siedział, a potem nie mógł znaleźć roboty, więc z rodziną wyjechał za ocean. Artur skończył w Stanach kryminalistykę i zarządzanie. Mimo takiego wykształcenia aż trzy lata starał się o przyjęcie do Elmhurst Police, 40 km od Chicago. Już 12 lat jest amerykańskim gliną. W jego miasteczku jest spokojnie, większość przestępstw to włamania i kradzieże. Czasem zdarzy się jakiś rozbój czy awantura domowa, a morderstwa i gwałty tamtejsi stróże prawa widują najczęściej w filmach. Prawie sielanka, nie robota.

Praca w policji lokalnej nie była szczytem marzeń Artura. Chciał zostać agentem Secret Service. Ale nie ma powodów do narzekań: praca stała, blisko domu, bez wyjazdów służbowych i jeszcze do tego bardzo dobrze mu płacą.

Artur ma dwóch synów, którzy mówią, że fajnie mieć tatę gliniarza. Nie chcą jednak pójść w jego ślady.

Marcin: z Olsztyna do Evanston

Po olsztyńskim ogólniaku dostał się na AWF do Warszawy. Studiował trzy lata, ale wszystkie na pierwszym roku. Za dużo imprezował, a w wolnym czasie kolportował wydawnictwa dla NZS. Wyjechał do Chicago w 1993 r. jako żonaty 25-latek. Przyszła żona często latała do Stanów do matki i chciała tam zostać, więc po ślubie było jasne, że wyjadą.

Marcinowi nie śniło się nawet, że zostanie amerykańskim gliną. Był w NZS-ie, wychował się w domu solidarnościowym i niebieski mundur kojarzył mu się tylko z ZOMO i UB. Nie zauważył, że milicja staje się policją i przestaje skupiać się wyłącznie na pałowaniu.

W maju 2000 r. dostał amerykańskie obywatelstwo. Rok później skończył akademię policyjną i zaczął pracę w Evanston na północnych przedmieściach Chicago. W Polsce została mama, która pytała, go czy naprawdę chce być w USA krawężnikiem. Ale lepiej szlifować bruki tam niż tu: bo i prestiż większy, i kasa też.

Życie zawodowe ułożyło mu się lepiej niż rodzinne. Kilka miesięcy przed 15. rocznicą ślubu rozwiódł się z żoną. Potwierdził tym samym amerykańskie statystyki. Ponad połowa małżeństw gliniarskich tak się kończy.

Ma dwóch synów, starszy przebąkuje, że też chciałby zostać policjantem. Marcin nie zabroni mu tego, ale i na pewno nie będzie namawiał. Jest detektywem, a ponieważ miasto zwraca znaczną część opłat za wyższe wykształcenie, pozwolił sobie na uniwersytet (studiuje zaocznie organizację i zarządzanie).

Maciek: z ochroniarza na Strażnika Pokoju

Decyzję o zostaniu Strażnikiem Pokoju (dosłowne tłumaczenie nazwy irlandzkiej policji - Garda Siochana) podjął przypadkiem. W 2005 r. przyjechał do Dublina i zatrzymał się u znajomych. Kiedy było do nich włamanie, Maciek jako jedyny umiał się dogadać po angielsku z irlandzkimi glinami. Znalazł robotę (ochroniarze w nocnych klubach są zawsze potrzebni), a potem połączył jedno z drugim, czyli dobry angielski z doświadczeniem zawodowym. Teraz, sam będąc irlandzkim gliniarzem, nie wyobraża sobie, żeby mógł robić coś innego.

W Polsce studiował i żył z kredytu studenckiego. Nie szukał pracy w kraju, bo w czasie wakacji na Zielonej Wyspie zarabiał tyle samo, co przez ponad rok w ojczyźnie.

Znajomi i rodzice musieli pogodzić się z faktem, że Maciek zostanie w Irlandii co najmniej 30 lat. Po takim czasie funkcjonariuszowi Gardy przysługuje pełna emerytura.

Do kraju? W życiu!

Gdyby Maćka nie przyjęto do Gardy, nadal by pracował w ochronie lub starał się dostać do policji w Irlandii Północnej, Anglii lub Szkocji. Przetarł szlak dla rodaków chętnych do pracy w na zielonej wyspie. Drugi Polak właśnie się szkoli w policyjnym college'u w irlandzkim Templemore.

Marcin, detektyw z Evanston, mówi, że już w pierwszym roku pracy pozbył się złudzeń, że uda mu się naprawić świat. Co czwarty mieszkaniec Evanston to Afroamerykanin. Gliniarze są tam znienawidzeni przez bandziorów, a zwykli ludzie traktują ich jak zło konieczne. Poza tym, jego komenda mieści się w budynku z lat 20. Jest ciasno, ciemno i miejscami śmierdzi - szczególnie w areszcie. A na parkingu nie ma miejsca na wszystkie radiowozy, których i tak jest za mało. Czyli prawie jak w Polsce. Ale jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę.

Marcin bardzo się stara, by nikt postronny nie wiedział, że jest gliną. Poza służbą ma przy sobie broń i gwiazdę, ale nie obnosi się z tym. Woli uniknąć dyskusji o niesłusznych mandatach od chamskiego psa, albo komentowania sytuacji w Polsce. Nie ze wstydu - jest dumny, z tego, co robi, ma z pracy dużo satysfakcji. Do Polski może wróci na emeryturę. A do pracy w policji w Polsce? - Nie ma mowy! - mówi.

Serwis policyjni.pl poleca: 12- i 13-latek okradli 90 aut w jedną noc





Więcej o: