Państwo, które nie wpuszcza ONZ-owskiego sprawozdawcy, by zbadał popełnione przez to państwo zbrodnie, samo siebie kompromituje i oskarża. Prawda? Taka więc powinna być reakcja na poniedziałkową deportację amerykańskiego profesora Richarda Falka z Izraela.
Izraelską decyzję o niewpuszczeniu sprawozdawcy Rady Praw Człowieka ONZ skrytykowali sekretarz generalny ONZ i przewodniczący Zgromadzenia Ogólnego, ale więcej głosów oburzenia nie słychać. Najwyraźniej, wbrew dotychczasowej praktyce, tym razem izraelskie wyjaśnienie tej decyzji potraktowano poważnie.
Jerozolima nie chce rozmawiać z Falkiem bo, po pierwsze, ma zastrzeżenia do jego mandatu. Stanowi on, że sprawozdawca ma "zbadać izraelskie pogwałcenia zasad i podstaw prawa międzynarodowego na okupowanych terytoriach palestyńskich". Nie ma wątpliwości, że jest co badać. Ale tak sformułowany mandat z góry zakłada, że prawo jest gwałcone, podczas gdy mandaty innych sprawozdawców Rady - na przykład w kwestii Darfuru czy Birmy - mówią jedynie o badaniu zarzutów, czy do pogwałceń dochodzi. Tylko Izrael został skazany przed dochodzeniem.
Co więcej, mandat Falka nie daje mu prawa badania pogwałceń popełnianych przeciwko Izraelczykom. Ma więc badać skutki blokady Gazy, lecz nie jej przyczyny. Sam Falk był tym zirytowany - lecz mandatu nie odrzucił.
Mimo tych zastrzeżeń Izrael w przeszłości przyjmował ONZ-owskich sprawozdawców, a także nie sprzeciwiał się prywatnym wizytom Falka, amerykańskiego Żyda, w Izraelu. Ale po jego nominacji w ub.r. Jerozolima zapowiedziała, że jako sprawozdawcy go nie przyjmie - i taka była przyczyna poniedziałkowej deportacji.
Rzecz w tym, że publiczne wypowiedzi profesora każą powątpiewać nie tylko w jego obiektywizm, ale wręcz poczytalność. W artykule opublikowanym w ubiegłym roku Falk porównał izraelską politykę wobec Palestyńczyków do zagłady Żydów, a następnie w wywiadzie dla BBC haniebną tę opinię podtrzymał. Stwierdził też, że porównanie takie byłoby zasadne także w odniesieniu do Tybetu czy Darfuru.
Trudno o bardziej absurdalne analogie. Na terytoriach okupowanych trwa konflikt etniczny z ofiarami po obu stronach (choć żydowskich jest znacznie mniej), ale nieporównywalnie mniej krwawy niż na przykład konflikty w Kaszmirze czy Tybecie właśnie. Z ludobójstwem nie ma to nic wspólnego; jedynie w przytoczonym przezeń przykładzie Darfuru porównanie takie byłoby po części uprawnione - ale co to ma wspólnego z Izraelem? Ponadto Falk wyraził w innej wypowiedzi przypuszczenie, że za atakami 11 września mogli stać amerykańscy neokonserwatyści. Zgoda, wyobrazić sobie można wszystko, ale wówczas nie ma się kwalifikacji do pełnienia ważnych funkcji publicznych.
Deportacja Falka nie kompromituje Izraela. To jego nominacja skompromitowała ONZ i utrudniła obronę palestyńskich praw. Wcześniej on sam się skompromitował swymi wypowiedziami. Rada Praw Człowieka, która milczy w kwestii Tybetu czy Zimbabwe, zniosła mandaty sprawozdawców na Białorusi i Kubie, a Izrael uczyniła głównym przedmiotem swych dochodzeń, po raz kolejny udowodniła, że prawom tym szkodzi.