Nie za dużo bezpieczeństwa?

Słyszymy zapewnienia, że na rynku kredytów i pożyczek, głównie hipotecznych, zagrożenia nie ma. Że banki są zdrowe, bezpieczne. Stoją za nimi fundusze gwarancyjne. Stosują ostrożne procedury przyznawania kredytów hipotecznych, chroni ich obowiązujące ustawodawstwo, a rząd zapewnia, że "w razie czego" bankom pomoże. Czy zatem możemy spać spokojnie?
Gros kredytów hipotecznych udzielanych w Polsce, o ile nie wszystkie, to kredyty długoterminowe o oprocentowaniu zmiennym, zależnym od aktualnej polityki monetarnej banku centralnego. Ryzyko wzrostu stóp procentowych spoczywa wyłącznie na dłużniku. Bank jest od tej strony "kryty". To samo odnosi się do ryzyka walutowego. Zmiana kursu waluty, w jakiej denominowany jest kredyt, skutkuje zmianą wysokości raty kredytu i jeśli kurs staje się mniej korzystny, dłużnik musi płacić wyższą ratę.

W przeciwieństwie do systemu anglosaskiego, w polskim systemie bankowym hipoteka nie jest wyłącznym zastawem zadłużonej nieruchomości. W Stanach Zjednoczonych granicą roszczenia banku jest oryginalna wysokość hipoteki. Jeśli bank udzielił kredytu hipotecznego w wysokości 100 tysięcy dolarów, a wartość hipoteki wynosi aktualnie np. 50 tysięcy dolarów (bo akurat jest kryzys i ceny domów spadły) wówczas stratę przyjmuje na siebie bank. Dłużnik nie musi dopłacać różnicy między kwotą uzyskaną ze sprzedaży domu przejętego a wysokością kredytu pozostającego do spłaty. W Polsce, w przypadku przejęcia domu z tytułu zaległości w wywiązywaniu się z kredytu, dłużnik straci dom i dopłaca ewentualną różnicę, jeśli taka jest. A jeśli udowodni mu się premedytację, może nawet pójść do więzienia. Czyli znowu bank jest górą, zwłaszcza, że ustawodawca wyposażył go w tytuł wykonawczy, umożliwiający przejęcie posesji bez wyroku sądu. W takich Stanach Zjednoczonych przejęcie (foreclosure) odbywa się w sądzie i polega na wydaniu przez sędziego zgody na sprzedaż posesji na aukcji i przekazanie środków ze sprzedaży wierzycielowi (bankowi), do wysokości zadłużenia, bez względu na to, za ile dom czy mieszkanie zostały sprzedane. Jedynie urząd skarbowy ma wyższe prawo do tych pieniędzy.

Bogaty wujek

Nadopiekuńczość, przywileje, a zwłaszcza świadomość tego, że "w razie czego" bank centralny, a potem rząd bankowi pomogą, rodzi jednak pokusę nadużycia (moral hazard). W polskich bankach będących na ogół filiami lub własnością potężnych konglomeratów zagranicznych dodatkową pokusą jest zwierzchnictwo "wielkiego kapitału". Świadomość, że w przypadku trudności jest ktoś, kto pomoże się z nimi uporać. Jednakże w sytuacji obecnego kryzysu może to być przekonanie bardzo złudne. Zachodnioeuropejski system bankowy jest dziś w znacznie gorszym stanie niż banki polskie. Ze względu na swoje rozmiary - są to bowiem placówki znacznie większe od naszych instytucji - swoimi trudnościami wywierają negatywny wpływ na notowania i rating naszych banków. Spółka matka, która straciła w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy na wartości 70-80 procent, co nie jest wcale rzadkością (np. UniCredit, CitiGroup czy AIG), psuje image polskiej spółce córce. Skutkiem tego korzystanie z kredytu międzybankowego przez zdrowe banki polskie może być trudniejsze i bardziej kosztowne. Tym samym stają się mniej konkurencyjne.

Bez układu

Bank, mając po swojej stronie ustawodawcę, który pozwala (w Polsce dokonuje się foreclosure z automatu) na przejęcie zastawu zobowiązania bez konieczności pójścia do sądu, czuje się niejako zwolniony z ratowania złego kredytu.

Nie twierdzę, że banki nie układają się ze stronami, bo to by była nieprawda. Jednakże zwolnione od sądowego obowiązku udowodnienia swego przypadku (jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych) nie są do układania zachęcane. Łatwo też o nadużycie, błąd, przeoczenie. Samo przejęcie też nie jest rozwiązaniem. Banki nie są przecież agencjami nieruchomości. Jeśli przejęć jest wiele, bank ma w swoich zasobach masę domów, ale nie ma gotówki. Wprawdzie może dom sprzedać za dowolną kwotę i w odrębnym postępowaniu sądowym odzyskać różnicę między wysokością zadłużenia a kwotą uzyskaną ze sprzedaży, jednak w sytuacji kryzysowej może to się skończyć wpędzeniem dłużnika w bankructwo, czyli w niewypłacalność. Specjaliści od bankowości hipotecznej z HUD (amerykańskie ministerstwo ds. budownictwa komunalnego) uważają, że od przejęcia znacznie skuteczniejsza jest jednak procedura układania się i restrukturyzacja długu. W polskim systemie bankowym jest to niestety wciąż margines problemu złych długów.

Chociaż nowa "ratunkowa" rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego dotycząca kredytów hipotecznych jest w pełni racjonalna, gdyż zmierza do zaostrzenia kryteriów przyznawania kredytu poprzez wyższe wymogi dochodowe, wyższy wkład własny i preferowanie kredytów złotówkowych, to powiedzmy wreszcie otwarcie: tylko w części służy ona rynkowi. Takie regulowane może być po prostu niebezpieczne. Primo: uderzy w banki spadkiem wolumenu pożyczek. Będziemy mieć bezpieczny rynek, na którym panować będzie marazm; nie będzie upadłości, bo nie będzie kredytów. Secundo: rykoszetem uderzą w całą gospodarkę, której jak powietrza potrzeba nowych inwestycji tworzonych za pożyczone pieniądze. Tertio: nadmierna ostrożność banków może zniszczyć ich ewentualną klientelę. Jest to tym niebezpieczniejsze, że proces "ratunkowy" napędzany jest regulacjami urzędników i polityków, którzy za nie (regulacje) nie biorą żadnej odpowiedzialności. A banki mają przecież gospodarkę wspierać, a nie niszczyć.

Hurt i detal

Kryzys, upadek, a potem nacjonalizacja gigantów hipotecznych Fannie Mae (Federal National Mortgage Association) i Freddie Mac (Federal Home Loan Mortgage Corporation) uświadomiły światu, jak ryzykowne jest szukanie pełnego bezpieczeństwa.

Bezpośrednią przyczyną upadku Bear Stearns, AIG czy Lehman Brothers była zbytnia wiara w siłę obligacji "hipotecznych". Tak wielka, że te doświadczone instytucje zapomniały wręcz o konieczności dywersyfikowania swego portfela. Ufne w zapewnienia rządu amerykańskiego wpompowały miliardy dolarów w obligacje, które w momencie wybuchu kryzysu okazały się bezwartościowym kawałkiem papieru. Zamiast polegać na kliencie detalicznym, na którym zbudowały swoją potęgę, uciekły się do hurtu, pożyczając swe pieniądze rządowi lub instytucjom pararządowym.

Polsce dodatkowym zagrożeniem, obok lokowania w silne papiery (obligacje rządowe), co jest typowe dla bankowości hurtowej, jest ryzyko związane z przejmowaniem przez banki zasobów upadłych dłużników (nieruchomości i biznesy), a nawet skupywania udziałów w przedsiębiorstwach czy wręcz zakładanie ich. Z jednej strony banki ograniczają swą działalność detaliczną, uznając ją za zbyt ryzykowną, z drugiej, nie wahają się posiadać i prowadzić fabryk czy sieci stacji benzynowych. Prawo im na to zezwala (w USA jest to zakazane), więc chętnie ryzykują. Amerykańskie banki, jeśli nawet przyjdzie im przejąć biznes czy akcje, pod zastaw których udzieliły kredytu, co jednak należy do rzadkości, natychmiast po przejęciu zastaw taki sprzedają, lokując gotówkę w kredytach lub co najwyżej w obligacjach skarbu państwa. Dlatego, amerykańskie banki z zasady nie posiadają nieruchomości, a jeśli już, to przeważnie te, które służą ich bezpośredniej działalności: biura, magazyny, lokale użytkowe, centra bankomatów itp.

Wolna wymiana

Zdrowy biznes polega na wymianie dóbr. W tym konkretnym przypadku, w zamian za udzielony kredyt bank zarabia pieniądze (odsetki, prowizje). Wymiana, do której klient banku został niejako zmuszony (a takie sytuacje się jeszcze zdarzają i są krytykowane przez codzienną prasę) lub, w której stanowi słabszą stronę, stwarza dla niego warunki niekorzystne. Prowadzi to do: odstąpienia od transakcji albo do poddania się dyktatowi (postawa: mimo wszystko) i akceptację kosztów mniej korzystnego rozwiązania. Taki klient łatwo może stać się niewypłacalny, a wtedy konsekwencje jego upadłości ponosi również wierzyciel, czyli bank.

Przed bankami, szczególnie dużymi, staje pokusa nadużycia polegająca na podejmowaniu decyzji, których w warunkach istnienia pełnej odpowiedzialności czy zagrożenia, bank by nie podjął. Zjawisko to spopularyzował zwłaszcza akronim NINJA (od "No income, no job, no assets"), ale nie tylko. Również polski system bankowy nie jest od takich pokus wolny.

Wreszcie, ratowanie jednych podmiotów kosztem drugich - do czego sprowadzają się wszelkie "rządowe programy ratunkowe" - wywołuje odwrotny efekt domino. Ratowanie odbywa się bowiem za pomocą pieniędzy innych, jeszcze niezagrożonych podmiotów, wśród których znajdują się wypłacalni klienci banku spłacający do tej pory swe zobowiązania na czas. Osłabienie ich zdolności płatniczych - bo ratowanie kosztuje, ktoś musi za nie zapłacić (czy to poprzez podatki, spadek konkurencyjności, czy utratę pracy) - sprawi, że teraz i oni zaczną zalegać. Ile razy można ratować ten sam podmiot?

Uważam, zdając sobie sprawę z kontrowersyjności tezy, że w interesie własnym system bankowy powinien zacząć myśleć o tym, aby zdjąć ze swoich klientów część ryzyka i przejąć je jednak na siebie. Taki manewr zadziała jak szczepionka - uodporni bankierów na wymienione schorzenia, wzmocni kredytobiorców, a tym samym cały system bankowy. A o to nam wszystkim chodzi.

Wykup prenumeratę Miesięcznika Finansowego BANK na 2009 rok na http://www.alebank.pl/prenumerata2009/