Reporterka gazety sprawdziła oferty kilku tanich linii działających w Polsce. Te firmy od ponad miesiąca mają surowy zakaz stosowania ukrytych cen, ale okazuje się, że nic sobie z niego nie robią. Metody są o tyle sprytne, co bezczelne. Na przykład opłata za "zero sztuk bagażu" w Ryanair na linii z Wrocłwia do Dublina. W tym przypadku cena, którą pierwszą widzi klient wynosi 118 zł w obie strony. Ostateczna 351 zł, bo trzeba opłacić m.in. "zero sztuk bagażu", czy "odprawę online".
Reklamowana cena biletu w Wizzair z Krakowa do Barcelony wynosi 2 zł. Reporterka chce kupić trzy bilety. Linia uprzedza, że dojdą jeszcze opłaty lotniskowe, co dawałoby 603 zł. Jednak na końcu transakcji okazuje się, że cena to 909 zł. Dlaczego? Bo przewoźnik pobrał "opłatą za opłatę kartą".
Komisja Europejska przyjęła od 1 listopada prawo zakazujące kruczków prawnych i nakazujące informowanie klientów od razu o cenie końcowej. Urząd Lotnictwa Cywilnego potwierdza, że to praktyki nieuczciwe. Przewoźnicy nie chcieli rozmawiać z "Dziennikiem".