Chorzy na raka odesłani do domów. Brak pieniędzy

Chorzy na raka, którzy przyjechali wczoraj na chemioterapię do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej zostali odesłani z kwitkiem na styczeń. - Skończyły się pieniądze - usłyszeli. Kiedy zdesperowali pacjenci udali się po pomoc do mediów, pieniądze się znalazły
Pani Maria od dwóch lat choruje na raka. Kiedy po operacji pojawiły się przerzuty, lekarze z Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej zalecili chemioterapię. Z tego powodu raz w miesiącu musi przyjeżdżać do Lublina, gdzie po konsultacji ze specjalistą otrzymuje kroplówkę z lekiem. O tym, że miała przyjechać do centrum w tę środę wiedziała już w listopadzie.

Pani Maria mieszka ponad 100 kilometrów od Lublina. By dostać się na czas do centrum musiała wstać na pierwszy autobus kilka minut po piątej nad ranem. Przed ósmą była przed gabinetem lekarza, który miał ją zbadać i wypisać zlecenie na wykonanie chemioterapii.

- Po godzinie oczekiwania, kiedy przyszła kolej babci, onkolog oświadczył, że w tym roku kroplówki z chemioterapią nikt jej nie poda, bo już skończył się tegoroczny budżet. Lekarz wyznaczył jej kolejną wizytę, na początek stycznia. Rak uczy pokory. Babcia nawet nie miała do nikogo pretensji, tylko po cichu wyszła na korytarz - opowiada jej wnuczka, która wczoraj rano zadzwoniła do "Gazety".

Wraz z panią Marią w kolejce do onkologa czekało kilkudziesięciu pacjentów. Onkolog przyjmował tylko tych chorych, którzy czekali na konsultacje. Oprócz pani Marii z kwitkiem do domu odesłano kilka innych osób. Niemal wszyscy przyjechali do Lublina z odległych miejscowości, Opowiadają, że onkolog informując o przełożonej chemioterapii był poruszony tą sytuacją. Jakby wiedział, że robi coś wbrew sobie.

Z naszych informacji wynika, że wczoraj rano w lubelskim centrum chemioterapię podawano tylko pacjentom znajdującym się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia.

Kiedy wczoraj przed południem zadzwoniliśmy do dr Elżbiety Starosławskiej, dyrektor Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, oświadczyła, że w centrum nie ma żadnych kłopotów, także finansowych. Na początku kategorycznie zdementowała informacje, jakoby pacjenci chorzy na raka nie zostali przyjęci do specjalisty. Stwierdziła, że to plotka.

Wkrótce po tym informacja o odesłaniu do domów chorych na raka pojawiła się w lokalnych rozgłośniach radiowych. Radio Lublin powołując się na anonimowe informacje z szefostwa centrum podało, że przyczyną wstrzymania chemioterapii jest potrzeba "zracjonalizowania wydatków do końca roku".

Kiedy po południu po raz drugi zadzwoniliśmy do dr Starosławskiej przyznała, że rzeczywiście pacjenci chorzy na raka nie zostali przyjęci do onkologa. - W poniedziałek mieliśmy zebranie podsumowujące sytuacje finansową centrum. Lekarz, który we wtorek rano przyjmował chorych, nie wiedział, czy szpital ma fundusze na kosztowną chemioterapię. Zaszło nieporozumienie, za które chciałabym bardzo przeprosić pacjentów - tłumaczyła dr Starosławska, która nie potrafiła wskazać winnych.

Dyrektor Starosławska poinformowała, że centrum będzie kontaktowało się ze wszystkimi pacjentami odesłanymi do domów i w najbliższych dniach wyznaczy im nowe terminy chemioterapii.

O komentarz w tej sprawie chcieliśmy wczoraj zapytać lubelski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia, ale jego rzecznik prasowy Łukasz Semeniuk nie odbierał wczoraj telefonu.

Arkadiusz Bratkowski, członek zarządu województwa lubelskiego, który odpowiada za służbę zdrowia o sprawie dowiedział się od reportera "Gazety". - To niedopuszczalne, by w taki sposób potraktowano ciężko chorego człowieka. Wszystko dokładnie sprawdzimy - zapowiedział Bratkowski.



Imię pacjentki na prośbę rodziny zostało zmienione.