Mnożą się kolejne niejasności wokół wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji i przebiegu wydarzeń na pograniczu gruzińsko - osetyjskim. Pytania brzmią: kto otworzył ogień, czy był to incydent z udziałem rosyjskich żołnierzy, czy celowa gruzińska prowokacja? Staramy się odtworzyć wydarzenia z wczorajszego wieczora biorąc pod uwagę wersje jego bezpośrednich uczestników: prezydenckiej delegacji i towarzyszących jej dziennikarzy.
Z relacji uczestników incydentu w Gruzji wynika jedno: tak naprawdę nie wiemy do końca, co wydarzyło się w niedzielny wieczór na gruzińskiej granicy. W trakcie ich dokładnej analizy pojawia się wiele pytań i sprzecznych doniesień. Swoją wersję wydarzeń ma także trzeci ich uczestnik; Rosjanie, uznani za organizatorów zajścia.
Pytanie 1: Dlaczego delegacja znalazła się w tym miejscu?
Była godz. 16, kiedy na lotnisku w Tbilisi wylądował polski samolot z Lechem Kaczyńskim. Towarzyszyła mu jego delegacja i grupa polskich dziennikarzy. Prezydent przybył do Gruzji z jednodniową wizytą. Miał uczestniczyć w obchodach rocznicy gruzińskiej Rewolucji Róż. Według planu prezydencka delegacja tuż z lotniska miała udać się do pałacu prezydenckiego na uroczysty obiad. Później zaplanowano wyjazd do Teatru Opery i Baletu. Prezydent wsiadł do limuzyny. Dziennikarzy upakowano do busa.
Przebieg wydarzeń relacjonuje uczestnik wizyty w Gruzji, dziennikarz portalu TVN24.pl Wojciech Bojanowski: - Za ile będziemy w pałacu prezydenckim? - pytali dziennikarze towarzyszącą im przewodniczkę z polskiej placówki dyplomatycznej. - Nie wiadomo, czy w ogóle tam jedziemy - odpowiedziała opiekująca się grupą pracownica polskiej placówki. - Jak to? - pytał dziennikarz. - Zmienił się program - odpowiedziała przewodniczka.
Gdzie wobec tego udała się polska delegacja? Bojanowski: Po wylądowaniu pojechaliśmy do pałacu prezydenckiego i tam zabraliśmy prezydenta Michaiła Saakaszwilego.(...) Saakaszwili zaproponował wyprawę w rejon graniczący z separatystyczną republiką Osetii Południowej. - Żebym zobaczył, że Rosjanie są w miejscach, które nie są objęte sześciopunktowym planem (pokojowym wynegocjowanym przez Francję i Rosję, przy aprobacie Gruzji) - wyjaśniał prezydent Lech Kaczyński. Z tego wynika, że program prezydenckiej podróży zmieniał się na bieżąco.
- Prezydenci udawali się do obozu dla uciekinierów, ponieważ postanowili dokonać "wizualnej inspekcji kontrolowanego przez Rosjan posterunku, będącego demonstracją naruszania przez Rosję sześciopunktowego porozumienia - czytamy w oficjalnym oświadczeniu wydanym dzień po incydencie przez władze gruzińskie.
- W trakcie drogi prezydenci podjęli decyzję, żeby zboczyć trochę z trasy i dojechać do miejsca zwanego checkpointem, czyli bariery na drodze ustawionej przez osetyjskich żołnierzy - tak w wywiadzie dla TVN24 relacjonował wyprawę prezydenta jego minister Michał Kamiński.
Nie wiadomo, czy służby odpowiedzialne za ochronę głowy państwa wiedziały wcześniej o zmianie trasy i wyprawie w niebezpieczne rejony.
Bojanowski: "Moim zdaniem o tej zmianie planów wiedzieli jedynie prezydent Saakaszwili i jego ochrona. Propozycję zmiany trasy delegacji zaakceptował prezydent Kaczyński. Wiedział, że jedziemy w miejsce, gdzie stoi nielegalny - zdaniem Gruzinów - rosyjski posterunek".
Pytanie 2: Dlaczego dziennikarze jechali na przedzie?
Późnym wieczorem kolumna prezydencka zmierzała w kierunku posterunku na granicy gruzińsko-osetyjskiej. Samochody z duża prędkością jechały przełęczą Achalgori. Prezydenci podróżowali wspólnie w jednej limuzynie. Prowadził ją samochód pilotujący kawalkadę. Zgodnie z protokołem dyplomatycznym kolumna prezydencka musi się poruszać w określonym szyku. Na czele jedzie samochód pilotujący, zwykle radiowóz lub auto oficerów ochrony. Tuż za prowadzącym samochodem jedzie pojazd szefów Protokołu Dyplomatycznego. Trzecia limuzyna wiezie prezydenta, lub jak w tym wypadku dwie głowy państw. Za nim podróżują przedstawiciele Kancelarii Prezydenta, czyli Michał Kamiński i Mariusz Handzlik. W kolejny samochodzie jadą urzędnicy MSZ. Później bus z osobami towarzyszącymi. W ostatnim busie na końcu kawalkady podróżują dziennikarze.
W wypadku wyprawy Prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji zmieniono tę zasadę.
Bojanowski: "W pewnym momencie bus dziennikarski zaczął wyprzedzać wszystkie inne samochody. Wyprzedziliśmy nawet limuzynę prezydencką. Znaleźliśmy się tuż za tym pierwszym, prezydenckim samochodem, który kierował kawalkadą samochodów. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się. Słychać było jakieś krzyki, zamieszanie. Żaden z polskich dziennikarzy nie znajdował się z tyłu kolumny. Wszyscy byli stłoczeni w busie".
Dziennikarz TVN24.pl twierdzi, że zmianę szyku prezydenckiego konwoju zapowiedziała przewodniczka. - Pojedziemy przodem, żebyście mogli zobaczyć, jak prezydenci wysiadają - oznajmiła po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów. - Wszystkim wydaje się, że to żart, jednak gruziński kierowca zaczyna raz po raz wyprzedzać kolejne samochody - mówi reporter.
- Dziennikarze nie wiedzieli, że tam (na osetyjski posterunek - red.) jadą. Wyprzedziliśmy całą kolumnę, żeby łatwiej było nam nagrać prezydentów. Zanim zdążyliśmy wysiąść usłyszeliśmy strzały - mówi w rozmowie z Radiem TOK FM korespondentka PAP Katarzyna Szymańska.
Pytanie 3: Jak długo trwała potyczka?
- Obaj prezydenci dojeżdżali do kontrolowanego przez Rosjan posterunku koło wsi Achmadżi - miejsca często odwiedzanego przez międzynarodowych obserwatorów. Kiedy dotarli blisko, z odległości ok. 100 stóp (30 metrów) posterunek otworzył ogień z broni maszynowej. Nikt w konwoju nie został trafiony. Strzelanina trwała ok. 5-7 minut. Obaj prezydenci zostali natychmiast ewakuowani i ani jeden strzał nie padł w odpowiedzi - głosi oświadczenie biura prasowego prezydenta Saakaszwilego.
Relacja gruzińska różni się nieco od tego, jak wydarzenia zapamiętali polscy uczestnicy.
- Prezydent Saakaszwili chciał pokazać, jak wygląda nielegalny posterunek na tej drodze. Kiedy prezydenci wyszli z samochodu, kolumna się zatrzymała usłyszeliśmy strzały z karabinów maszynowych. Powstał duży ruch, żołnierze gruzińscy zaczęli repetować broń, wyskakiwać z samochodów i biec w tamtą stronę. Wtedy rozległa się kolejna seria z karabinu. Ja miałem wrażenie, że tam się zaczęła potyczka - opowiada Michał Kamiński.