- Jeśli minister finansów w budżecie założy, że nasza gospodarka będzie się rozwijała w tempie co najmniej 3,5 proc., to ryzyko, że w ciągu roku trzeba będzie nowelizować budżet, będzie spore - stwierdził na łamach gazety Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Bank Polska.
Większym pesymistą jest Marcin Mrowiec z Banku Pekao.
- Żeby przyszłoroczny budżet był bezpieczny, trzeba by zapisać w nim wzrost gospodarczy w wysokości 2-3 proc. - powiedział "GP".
Gazeta przypomina: mniejszy wzrost PKB to mniejsze przychody budżetu. Jacek Wiśniewski szacuje, że wpływy mogą być o kilkanaście miliardów złotych mniejsze od zakładanych. Stanisław Gomułka z BCC mówi konkretnie o 10 - 15 mld zł.
Ekonomiści są zdania, że najszybciej spadną dochody firm i tym samym wpływy do budżetu z podatków od nich. Specjaliści przestrzegają też, że zakładane wpływy z prywatyzacji są zupełnie nierealne.
- Te 12 mld zł z prywatyzacji to bajka - dosadnie mówi Rafał Benecki z ING BSK.
Marcin Morawiak zastanawia się czy rząd nie poczeka na poprawę koniunktury i lepszą wycenę spółek. Czekanie jego zdaniem może oznaczać podwyższenie podatków.