Tym razem poseł spiesząc się w środę z Gdańska do Warszawy, podczepił się pod konwój przewożący dwóch groźnych przestępców. Włączył awaryjne i pędził za
policyjnymi samochodami aż do Ostródy. Gdy funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zobaczyli mercedesa, który przez kilka kilometrów jedzie tuż za nimi - zaczęli podejrzewać, że ktoś chce odbić więźniów - wezwali więc posiłki i zarządzili blokady dróg. Dopiero to zmusiło Kurskiego do zatrzymania samochodu. Postój nie trwał długo, bo... polityk zasłonił się poselskim immunitetem i został puszczony wolno.
Poseł Kurski bronił się zdumiewająco.
Zapytany przez dziennikarza TOK FM dlaczego jechał z konwojem aż do Ostródy (według policji jechał "przyklejony do zderzaka" przez kilka kilometrów), Kurski najpierw odpowiedział: - No bo dobrze się jechało.
Dodał też, że może wpłacić jakąś kwotę na fundację ofiar wypadków komunikacyjnych.
A na koniec stwierdził, że gdy zobaczył kolumnę samochodów, uznał, że konwojuje ona jakiegoś ważnego polityka do Warszawy. - Byłem przekonany, że to marszałek Borusewicz, który również nie dostał się na samolot.
To nie był marszałek Senatu. To CBA konwojowało zatrzymanych w sprawie groźnych gangsterów: "Wróbla" i "Piasta"
Zakaz zatrzymywania się? Kurski staje na 3 dni To nie pierwszy przypadek pokazujący stosunek Jacka Kurskiego do przestrzegania przepisów. W sierpniu 2006 roku poseł zostawił swojego opla corsę na chodniku, bezpośrednio przed terminalem lotniska Rębiechowo w Gdańsku - w miejscu gdzie obowiązuje zakaz zatrzymywania się. "Policja wlepia tam mandaty wszystkim kierowcom, którzy zatrzymają
samochód na dłużej niż 10 minut. Kurski zostawił na trzy dni" -
opisywała "Gazeta Wyborcza. Według relacji na półce za tylną szybą Kurski zostawił duży plakat PiS, który musieli zauważyć wszyscy, którzy chcieliby zainteresować się pozostawionym oplem. Metoda poskutkowała - Kurski poleciał spokojnie do Warszawy,
policja i Straż Graniczna omijały samochód szerokim łukiem. Na wsadzenie za wycieraczkę 100-złotowego mandatu zdobył się dopiero niczego nie świadomy Strażnik Miejski, który później w rozmowie z "GW" tłumaczył - Nie miałem pojęcia, że to jakiś poseł. Na wszelki wypadek funkcjonariusz nie chciał nawet podać swojego nazwiska.
Corsą Kurskiego zainteresowali się wtedy dziennikarze "Faktu", więc poseł postanowił przekuć swoją wpadkę w sukces medialny. Po powrocie na lotnisko wyciągnął zza wycieraczki kwitek i pozował z nim przed fotoreporterem tabloidu - a następnie zapowiedział, że zapłaci mandat. Umówił się z dziennikarzami, że zrobi to przy nich. Chwilę później polityk ruszył spod terminalu na główną drogę, lekceważąc stojący tam znak STOP. Przy okazji zmienił pasy jezdni, przejeżdżając ciągłą linię. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Nagrała to kamera lotniskowego monitoringu.
Kurski do dziennikarzy: Walcie na czerwonym! Przejeżdżanie na czerwonym świetle? Dlaczego nie - pokazuje to barwnie fragment
reportażu z "Dużego Formatu" Marka Sterlingowa i Marka Wąsa. Tekst powstawał tuż po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych. Dziennikarze opisali w nim następująca sytuację: "Rozmawiamy już ósmą godzinę. Robi się wieczór, Jacek spieszy się do telewizji. Podwozimy go do gdańskiego
studia TVN. Kurski: - Walcie na czerwonym, Bóg się zlitował i w końcu mam immunitet. "
Najlepszy okres? Kiedy mu ukradli samochód Marek Sterlingow z "Gazety Wyborczej" przypomina sobie jeszcze inna sytuację z Jackiem Kurskim w roli głównej. - Zaparkował samochód przed Sądem Wojewódzkim w ten sposób, że zdenerwowana sędzina czekała dwie godziny, żeby go przestawił i mogła wyjechać - opowiada Sterlingow. Według dziennikarza "GW" najspokojniejszy okresem w życiu Jacka Kurskiego był wtedy, kiedy...ukradli mu samochód.
Służbowym peugeotem 406 na wakacje Jeśli nie zasłanianie się immunitetem to nadużywanie stanowiska. W 2000 roku komisja rewizyjna pomorskiego sejmiku samorządowego stwierdziła, że Kurski, wtedy wiceprezes ZChN i wicemarszałek województwa,
nadużył stanowiska jadąc służbowym samochodem na wakacje. Chodziło o peugota 406, którego Kurski pożyczył od Zarządu Dróg Wojewódzkich i którym pojechał do Włoch. Za wypożyczenie auta Kurski wpłacił do kasy ZDW 603 zł - w wypożyczalni wydałby około 4 tys. zł. Okazało się, że załatwiając
auto do celów prywatnych, wiceprezes ZChN posługiwał się służbową pieczątką: "Wicemarszałek Jacek Kurski".
W pierwszej reakcji poseł twierdził, że nie zrobił nic złego i zorganizowano na niego nagonkę. Później jednak wyraził skruchę i oświadczył, że z własnej inicjatywy wpłaci 2 tys. zł na cele charytatywne.