- Czy do pomyślenia jest sytuacja, w której pan prezydent wygłosi swoje prywatne zdanie zamiast przedstawić stanowisko rządu? - zastanawiał się Tusk, odpowiadając na pytanie w tej sprawie.
- To już jest kwestia waszej i mojej wyobraźni. Mi wyobraźnia podpowiada różne scenariusze - tak, ja jestem w stanie sobie wyobrazić taką sytuację, chociaż jej nie akceptuję - oświadczył Tusk.
Jednocześnie powiedział, że ostatni unijny szczyt w październiku pokazał, iż możliwości wpływania na prezydenta są ograniczone, bo -
jak podkreślał premier - "przecież rząd nie zastosuje jakichś nadzwyczajnych środków dyscyplinujących, bo ich nie ma". - Możemy tylko liczyć na elementarną odpowiedzialność i ja na tę odpowiedzialność liczę - dodał.
Według premiera zadaniem rządu jest "unikanie sytuacji, które dla Polski mogą być kompromitujące". - I dlatego podjąłem decyzję niełatwą i na pewno obarczoną pewnym ryzykiem, tzn. w składzie delegacji jest pan prezydent i on będzie reprezentował nasze stanowisko - powiedział Tusk.
Szef rządu dodał, że chciał "za wszelką cenę uniknąć tego, co było przedmiotem tak dramatycznych komentarzy, nie tylko tu w Polsce" w czasie ostatniego szczytu UE w Brukseli. Na październikowym szczycie Polskę reprezentował zarówno prezydent, jak i premier.
Tusk zapewnił jednocześnie, że strona rządowa chce przygotować możliwie szczegółowe stanowisko na szczyt UE i "z najlepszą wolą" poinformować o nim prezydenta. Jak dodał, rząd oddaje także "do dyspozycji" Lecha Kaczyńskiego "wiedzę i zaangażowanie" ministra finansów Jacka Rostowskiego.
- Czy to przyniesie pożądany efekt? Zobaczymy - mówił Tusk. - Wolę nie wróżyć z fusów, zobaczymy po powrocie z jakimi efektami pan prezydent przyjedzie - podsumował.