Gdyby kandydat Partii Demokratycznej Barack Obama jednak przegrał wtorkowe wybory, mając jeszcze kilka dni wcześniej sondażową przewagę 6-11 procent, byłaby to chyba największa sensacja w dziejach amerykańskich wyborów prezydenckich.
Co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Oto na co jeszcze liczy kandydat Partii Republikańskiej John McCain:
1. Efekt Bradleya Polega na tym, że biali wyborcy w sondażach deklarują poparcie dla czarnoskórego polityka. Ale gdy przychodzi co do czego i oddają swój głos za kotarą w lokalu wyborczym, wybierają kandydata białego. Według tej teorii, biali wyborcy wstydzą się swoich uprzedzeń rasowych (dlatego ankieterowi przeprowadzającemu sondaż deklarują poparcie dla Murzyna), ale te uprzedzenia biorą górę, gdy mogą anonimowo oddać głos.
Nazwa wzięła się od Toma Bradleya, murzyńskiego kandydata na gubernatora Kalifornii w 1982 roku. Sondaże pokazywały, że jest superfaworytem. Jednak przegrał z białym rywalem.
Występowanie efektu Bradleya podejrzewano jeszcze w kilku innych wyborach lokalnych, także w prawyborach 2008 roku (np. w New Hampshire, gdy Hillary Clinton, wbrew sondażom, wysoko wygrała z Obamą). Ale głębsze analizy socjologiczne nigdy nie potwierdziły realnego wystąpieniu efektu Bradleya.
Nigdy wcześniej nie było w Ameryce czarnoskórego kandydata na prezydenta. Dlatego efekt Bradleya pozostaje wielką niewiadomą wyborów 2008.
Według analizy agencji AP z września, efekt Bradleya może wystąpić w stanach, gdzie silna jest zubożona, słabo wykształcona, biała klasa średnia - np. Pensylwania, Ohio. Według tej analizy (kwestionowanej przez część socjologów), z powodu efektu Bradleya różnica między sondażami a faktycznym wynikiem wyborów może wynieść nawet 6 procent na niekorzyść Obamy. Gdyby do tego rzeczywiście doszło, to McCain zostałby prezydentem. Jeśli efekt Bradleya wystąpi w skali 1-2 procent w niektórych stanach, raczej na pewno będzie to za mało do pobicia Obamy.
2. Sondaże się mylą Obama prowadzi nie tylko w sondażach ogólnokrajowych, ale właściwie we wszystkich ważnych stanach. Niezależnie od "efektu Bradleya", zdaniem niektórych republikańskich strategów, sondaże opinii publicznej nie oddają rzeczywistego poparcia dla kandydatów. Sondaże mają się mylić o kilka procent m.in. dlatego, że Obama jest kandydatem, który wywołuje ogromny entuzjazm u swoich zwolenników. Sporo osób może nie podzielać tego entuzjazmu, ale w sondażach deklarować poparcie dla Obamy, bo tak jest "modnie", bo tak samo deklarują wszyscy koledzy z pracy, gwiazdy show biznesu itd.
3. McCain odrabia Kilka sondaży ogólnokrajowych z ostatnich dni pokazało lekkie skurczenie się przewagi Obamy - z 6-11 procent do 4-6 proc. Pojedyncze sondaże z Ohio, Florydy, Pensylwanii także mogą świadczyć, że McCain zmniejsza przewagę Obamy. Jeśli jest to rzeczywisty trend, odpowiedź elektoratu na jakieś elementy kampanii McCaina (lub sygnał zwątpienia w Obamę), to w ostatnich dniach szalonej kampanii ten trend może się nasilić (nawet jeśli nie zostanie wychwycony przez kolejne sondaże w tych nerwowych dniach).
4. McCain lubi zaskakiwać - Jesteśmy z tyłu w sondażach, mamy mniej pieniędzy, wszyscy skreślają nasze szanse - to dokładnie to, co lubię. Byłem w takich sytuacjach wiele razy - mówił ostatnio McCain w wywiadzie dla telewizji NBC. Rzeczywiście, jego kariera polityczna to cała seria efektownych zaskakujących zwycięstw, osiąganych wbrew prognozom i sondażom.
Więcej W 2000 roku zaszokował Partię Republikańską gromiąc różnicą 18 procent faworyzowanego gubernatora Teksasu George'a W. Busha w prawyborach prezydenckich w New Hampshire. W 2007 roku jego sztab, przygotowujący się do kolejnych prawyborów był w kompletnej rozsypce. I McCain znów zaskoczył "wracając z grobu" i zdobywając nominację Partii Republikańskiej.
- Pamiętajcie, John to fighter, był przecież pilotem myśliwca! - mówią jego wierni zwolennicy.
5. Dzień wyborów Demokraci, podobnie jak większość obserwatorów, są niemal pewni, że w dniu wyborów - wtorek 4 listopada - dołożą do swojej przewagi sondażowej jeszcze kilka procent dzięki tzw. ground game - "kampanii na dole". Obama ma kilkakrotnie więcej wolontariuszy i lokalnych sztabów wyborczych w małych miasteczkach. Oni będą chodzić od drzwi do drzwi, roznosić ulotki, przekonywać. Ale Republikanie uchodzą za sprawniejszych w "politycznej telemetrii", identyfikowaniu wyborców którzy są im bliscy, oraz niezdecydowanych, i docieraniu do tych ściśle określonych domów i mieszkań. Te komputerowe modele socjologiczne i potężne bazy danych pomogły wygrać George'owi Bushowi w 2004 roku, mimo, że to Demokrata John Kerry miał o wiele więcej wolontariuszy. Teraz Republikanie liczą na to samo.