W rozmowie z Gazetą.pl tłumaczył, co go denerwuje w polskich politykach i dlaczego ich wyborcy są wciąż od nich lepsi.- Nasze sukcesy już dawno powinny unicestwić większość polskich kompleksów - mówi. Według niego politycy, a szczególnie
PiS ciężko pracują, aby Polaków w te kompleksy jeszcze głębiej wbić.
Dziennikarz podkreśla, że polskie życie publiczne zatruwa fala negatywizmu. - To jest czas, w którym zamiast zwracać się do polityków możemy zwrócić się do ludzi i pogadać o tym co my możemy zrobić - stwierdza.
Zdaniem Lisa w polskim życiu publicznym brakuje szacunku. Stwierdzenie to odnosi głównie do polityków. - Szkoda, że najważniejsi ludzie w Polsce oduczają nas szacunku dla własnego kraju - mówi.
Ubolewa, że sukces nie jest w Polsce szanowany, a ludzie którzy go odnieśli są poddawani szczuciu.
Na temat Tomasza Lisa nie da się nie mieć zdania. Są osoby, które go nie znoszą i z nieskrywaną przyjemnością przypisują mu najgorsze cechy. Jest też pokaźna grupa, która z uwielbieniem słucha jego słów i pędzi do księgarni po kolejne książki. Na liście bestsellerów Empiku w 2004 r. książkę Lisa "Co z tą Polską" pokonały tylko wspomnienia
Jana Pawła II i "Powstanie Warszawskie" Normana Daviesa. Na niedawny wieczór autorski do warszawskiego Empiku ściągnęły tłumy. Z tego samego spotkania w "Superexpresie" znajdujemy taką oto relację: "Skupienie i doniosłość chwili rysowała się na twarzach przybyłych. Naprzeciw tych tłumów zasiadł on. Z poważną miną zaczął spotkanie z miłośnikami jego twórczości". Brzmi delikatnie mówiąc nietypowo.
Dalej robi się jeszcze ciekawiej: "Zebrani spijali mądrości z jego ust. Starali się nie uronić ani słowa. Oprócz doniosłego głosu Lisa słychać było tylko ciche bzyczenie much". Później jeszcze coś o "złotych zgłoskach" i "nastolatkach pożerających autora wzrokiem". Kpina jest tu ewidentna.
Maciej Rybiński, który do fanów Lisa nie należy, poświęca mu dużo czasu i energii. Niedawno w "Rzeczpospolitej" pisał tak: "Ujrzałem oczyma duszy mojej (ach, wy oczy moje kaprawe, czemuż mi ich nie wyłupiono przed lekturą) salon warszawski. Ciemne pomieszczenie cuchnące trochę odorem wzniosłości, a trochę skarpetkami. Pośrodku, w fotelu bujanym
Tomasz Lis czytający gawiedzi fragmenty swojej nowej książki, którą przycisnął do łona, a przed nim leży "Fedon" i "Żywot Katona". Wokół tłum spragniony prawdy o sobie chłonie słowa nowego objawienia".
Zdanie o książce "My, naród" jest więc tak samo podzielone, jak o jej autorze.
Co ma Coolidge do Lisa - Przypomniały mi się lata 20 -te XX wieku. Był taki amerykański prezydent Calvin Coolidge, który wygrał wybory bo wygłaszał przemówienia polityczne, które zawierały ogólniki, były ugrzecznione i banalne - mówi publicysta "Dziennika" Piotr Zaremba. - On kompletnie ignorował przeciwników politycznych, wygłaszał łagodne, usypiające wystąpienia i dzięki temu wygrał wybory. Mam wrażenie, że Tomasz Lis napisał książkę, która jest zbiorem oczywistych prawd i która jest jednak rodzajem manifestu politycznego - mówi.
Zdaniem Zaremby w książce brakuje analizy i oceny sytuacji, jaką można znaleźć w publicystyce gazetowej Lisa. - Tam rzeczywiście jest bardzo ostrym i często wnikliwym recenzentem - dodaje Zaremba.
- To jest książka niedziennikarska - uważa Roman Kurkiewicz, autor audycji literackiej w
radiu TOK FM. - Ja w niej widzę z jednej strony zniecierpliwienie a z drugiej obywatelską energię. Lis jest zniecierpliwiony, bo dobra energia wytworzona przez wybory w 2007 roku jest marnotrawiona. Tu po równo dostaje się i PiS-owi, i Platformie - dodaje Kurkiewicz.
Kurkiewicza zastanawia jednak co innego: - Jest pytanie, czy ta książka jest czymś więcej. Na razie Tomasz Lis unika odpowiedzi, czy jest to rodzaj wstępu do manifestu politycznego.
No właśnie. Pytanie numer jeden zwolenników i przeciwników Tomasza Lisa od dawna brzmi tak samo:
To w końcu zostanie politykiem, czy nie? Wiele osób pamięta jeszcze o sondażach, które dawały Lisowi szansę na prezydenturę. Niewykluczone, że sam zainteresowany nie wymazał ich do końca z pamięci. Tu i ówdzie pojawiają się sugestie, że dziennikarz cały czas myśli o wejściu w politykę, bo choć często temu zaprzeczał, to nigdy dostatecznie stanowczo.
Pytany przez "Przekrój" czy byłby gotowy poświęcić życie prywatne dla Polski i polityki Lis odpowiada tak: "Nie jestem gotów
na tym etapie podjąć decyzji o definitywnej zmianie swojego życia. Nie wiem, może jak się ma pięćdziesiąt parę lat, to jest łatwiej o taką decyzję. (...) Czy ja bym sobie z tym poradził? Mówiąc szczerze - tak, jestem o tym głęboko przekonany. (...) Myślę, że znalazłbym się w tym i wykonywałbym tę pracę z jakimś poczuciem powinności i jednocześnie z radością. Ale ta determinacja czy ta chęć kandydowania, jeśli nawet gdzieś tam się błąkała po głowie, to nie była na tyle mocna, żeby powiedzieć: muszę, teraz."
- Robiąc kolejny krok w kierunku polityki najwyraźniej staję w miejscu, albo się cofam - ironizuje Lis w wywiadzie dla portalu Gazeta.pl. I kolejny raz powtarza, że o polityce nie myśli.
Komentatorzy widzą jednak w książce Lisa zarys programu politycznego. - "My, naród" oceniam jako książkę człowieka, który cały czas myśli o udziale w polityce - twierdzi Piotr Zaremba.
Czy rzeczywiście? Wystarczy wejść na stronę promującą książkę. Jest manifest (!), ogłoszenia o spotkaniach, biało-czerwona szata graficzna.
"Polska na tak" - przecież to brzmi jak nazwa ruchu. Politycznego? Społecznego?
Roman Kurkiewicz wyczuwa w książce "rodzaj rozczarowania czwartej władzy wszystkimi innymi władzami". Dlaczego więc Lis nie weźmie tej władzy w swoje ręce? - Jestem dziennikarzem, dla mnie czynem jest właśnie przelewanie na papier - twierdzi. Ale nie zaprzecza, że czasem dziennikarze mają większy od polityków wpływ na to, jak wygląda nasze życie publiczne. Jakkolwiek więc Lis - dziennikarz odżegnuje się od udziału w polityce to faktycznie już w niej jest. Jego głośne odejście z Polsatu tłumaczono właśnie kontekście politycznym. - Zygmunt Solorz bał się, że antypisowskie poglądy Lisa przeszkodzą mu w robieniu interesów - napisał na blogu eurodeputowany Ryszard Czarnecki.
Według badań TNS OBOP emitowany w TVP2 program "Tomasz Lis na żywo" przyciąga przed telewizory przeciętnie ponad 3 mln widzów. Taka średnia oglądalność utrzymuje się od lutego, kiedy program pojawił się na antenie. Dla porównania, ponad 6 mln głosów dało Platformie Obywatelskiej zwycięstwo w wyborach. Lis ma więc wierną i oddaną grupę zwolenników, którzy mogliby stworzyć liczący się elektorat. I ten potencjalny elektorat dziennikarz umiejętnie kokietuje.
- Nie obchodzą mnie pochwały recenzentów, bo najwięcej pochwal słyszę, kiedy tracę pracę Interesuje mnie tylko zdanie kilku milionów widzów - podkreśla.
"Naród" to wy czy my? Lis odpiera zarzuty o to, że uprawia moralizatorstwo, a czytelników traktuje protekcjonalnie. - Ja w tej książce bez przerwy używam zaimka "my". To nie tak, że to ja mądry, rozumiejący mówię wam jak ma być. Ja też adresuję tę książkę do siebie, bo ja też mam pracę domową do odrobienia - przekonuje.
Przyznaje, że książka była dla niego formą terapii: - Pisałem "My, naród" akurat w momencie, kiedy byłem poddany dość ordynarnej, wstrętnej nagonce. Miałem wtedy naturalną skłonność do wyemigrowania wewnętrznego. Postanowiłem jednak, że powinienem skonstruować swego rodzaju manifest na "tak".
Czy terapia pomogła autorowi? - Być może ta książka nikogo nie zmieni, ale o parę milimetrów mnie samego już zmieniła. Dlatego warto było ją napisać - przyznaje.