Nowy pomysł na walkę z piratami drogowymi

Był przytomny, kiedy koziołkowali przyduszeni poduszkami. Był przytomny, kiedy zaroiło się od policji, strażaków, ludzi w białych fartuchach. Tylko się dziwił, że taki rwetes dookoła. Dyrektor leżał koło sosny i bardzo Jana niepokoiło, że nie ma prawego buta. No bo jak pójdzie do ministra bez buta?
To nie jest fragment reportażu o kolejnej tragedii na drodze. To kilka zdań z najnowszej ulotki płockiej komendy policji. Nosi ona tytuł "O czym opowiadają przydrożne krzyże". Właśnie się drukuje, na początek w tysiącu egzemplarzy.

Płocka komenda w ramach prewencji różne przygotowuje ulotki: z okazji Dnia Dziecka, świąt, wakacji. Ostrzega w nich przed złodziejami, radzi, jak zabezpieczyć mieszkanie, samochód, dzieciom przypomina, jak przechodzić przez jednię. Zawsze apelowała do rozsądku. W ulotkach pełno było wyliczeń, punktów, paragrafów. I protekcjonalnego tonu.

"O czym opowiadają przydrożne krzyże" to ulotka inna niż wszystkie. Nie pojawiają się w niej sformułowania: policja radzi, nakazuje. O wydawcy przypominają tylko niewielkie policyjne emblematy przy tytule. Na złożonej kartce formatu A4 są czarno-białe zdjęcia. I trzy historie zatytułowane imionami lub funkcjami ich bohaterów: "Andrzej", "Dyrektor", "Wiktor". Każda mówi o innym wypadku: Andrzej wpadł w poślizg, gdy spieszył się do domu, Dyrektor i jego kierowca, pan Janek, próbowali ominąć dziecko na drodze, Wiktor wsiadł za kółko po trzech kieliszkach. Ci dwaj pierwsi nie żyją, ten ostatni śmiertelnie potrącił rowerzystkę. O każdym z tych wypadków przypomina ustawiony przy drodze krzyż.

Rzecz jednak w tym, jak owe historie są napisane.

"Krzyż postawił ojciec Andrzeja, Joanna przyjeżdża tu z Łukaszem i Karoliną, żeby zapalić świeczki. Nie może płakać, bo łez już jej brakuje, zresztą nie chce straszyć dzieci. Mała ma zaledwie roczek".

"Ocknął się w szpitalu, szok powoli mijał. W pamięci wydarzenia wyświetlały mu się jak film. Dyrektorowa... krzyczała na niego. Że jest mordercą, że zabił jej męża. Że zapłaci za to, że zmarnował jej życie."

"- Półtora promila - gliniarz szybko przeliczył wynik z alkomatu. Czego się tak wydziera tamten facet? Boże, to mąż tej, co spadła z roweru... Wcale nie jest gruba jak balon, leży na tej jezdni jak zmięty gałganek... To czerwone... Krew?! Jezu!!! Zabiłem ją!!!".

W ulotce wyczytać można, że Andrzej spieszył się na święta do ciężarnej żony i małego dziecka. Cieszył się, że w Londynie nieźle zarabia, kupił nowe mieszkanie, myślał o powrocie i rozkręceniu biznesu. Że pan Janek chciał dowieźć szefa na spotkanie z ministrem. Wiktor świętował: kończył 40 lat, dostał nową pracę, lepszą pensję, żona nie mogła doczekać się, kiedy wykończą domek na wsi i będzie mogła założyć wymarzony ogródek. Wszyscy mieli plany, nadzieje, radości. Wszyscy zostawili po sobie cierpiące rodziny. Nie chcieli, nie spodziewali się, nie szukali nieszczęścia. Byli tacy, jak wszyscy.

- Ta ulotka budzi emocje - mówi szef płockiej komendy Jarosław Brach. - Szukaliśmy sposobu na niekonwencjonalne dotarcie do ludzi, apel do ich świadomości. Pani Anna Lewandowska z naszej sekcji prewencji zaproponowała właśnie takie - nie suche i schematyczne, ale bliskie życiu opowieści. Pomysł bardzo się nam spodobał. Pierwsze tysiąc ulotek chcemy rozdać kierowcom przy okazji akcji "Znicz", 1 i 2 listopada. Chcemy rozdawać je także przy innych okazjach. Jesteśmy pewni, że zadziałają.

- Nasze drogi są bardzo niebezpieczne, ginie na nich ogrom ludzi. Zastanawialiśmy się, jak dotrzeć do wyobraźni kierowców, żeby spowodować bezpieczne zachowania - opowiada Anna Lewandowska.

To ona napisała wszystkie trzy mini-opowiadnia. - Ta ulotka ma sprowokować do refleksji głębszej, niż informacje o kolejnych zabitych na drogach. Chcemy pokazać, ile tragicznych następstw dla wielu ludzi niesie jedna nieprzemyślana decyzja kierującego.

Historie Andrzeja, Dyrektora i Wiktora nie są w 100 proc. prawdziwe. Być może Andrzej nie miał ciężarnej żony, a dziewczynę, Dyrektor nie spieszył się na spotkanie z ministrem, Wiktor miał nie 40 a 60 lat. Szczegóły to praca Anny Lewandowskiej. Ale to, co w tych opowiadaniach najważniejsze - wypadki i ludzkie tragedie - wydarzyło się naprawdę. - Korzystałam z opowieści, które poznałam pracując tu, na miejscu, w komendzie - dodaje autorka.