Ofiary bazyliszka

Barbara Pietkiewicz
10.10.2008 , aktualizacja: 10.10.2008 12:39
A A A Drukuj
O sprawie Ireneusza K. pisaliśmy w czasie, kiedy odbywał się jego proces sądowy. Po wielu latach dotarliśmy do siedmiu z jego 14 ofiar.
Ireneusz K. zawsze wybierał nieomylnie - z biednych domów, z licznych rodzeństw. Albo dziewczynki ze szkoły specjalnej z miłym wyglądem, ładniutkie i często wcale nie upośledzone, ale z wielkimi zaległościami w nauce. Zawsze bezbronne
Fot. sxc.hu
Ireneusz K. zawsze wybierał nieomylnie - z biednych domów, z licznych rodzeństw. Albo dziewczynki ze szkoły specjalnej z miłym wyglądem, ładniutkie i często wcale nie upośledzone, ale z wielkimi zaległościami w nauce. Zawsze bezbronne
Okładka ostatniego numeru ''Polityki''
Okładka ostatniego numeru ''Polityki''

Fot. sxc.hu
Ojciec Amelki mówił: uważaj, kto za tobą idzie, rozglądaj się, patrz we wszystkie strony. A Amelka: piorun, tato, nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Ale w Kasię piorun tak uderzył. Pierwszy raz, kiedy miała pięć lat i szły z mamą w parku. Alejką jechał mężczyzna, chyba młody, matka Kasi nie zapamiętała, jak wyglądał, bo najechał na nie rowerem i zaraz potem pognał do przodu.

Kasię uderzył kołem w głowę. Matka na tej alejce zaczęła od razu rodzić. Pojawili się jacyś ludzie, rzucili do pomocy. W szpitalu przyszedł na świat zdrowy brat Kasi. Jej też nic wielkiego się nie stało. Ale po jakimś czasie w nocy zaczęła się prostować, sztywniała, moczyła się, w ogóle tego potem nie pamiętając. Najpierw leczyli ją na coś innego, a dopiero kiedy matka Kasi zobaczyła w telewizji program o padaczce i pomyślała, że to może być padaczka, okazało się, że tak - pourazowa. Każdy atak to znów wjechanie rowerem w mózg, tak uszkadza.

Ojca Kasi nie ma, wybrał życie z inną rodziną. Żeby mieć na lekarstwa, matka najęła się do sprzątania przychodni lekarskiej. Lekarze pomagali kupować lekarstwa dla Kasi, pocieszali, że urazowa czasem się cofa, mózg ceruje sobie szkodę. Ataki były coraz rzadsze.

Mama posłała Kasię po włoszczyznę do sklepu. Tuż-tuż, bliziutko. Podszedł do niej mężczyzna. Wyciągnął karteczkę. Było na niej napisane długopisem "policja". I legitymację - a na niej podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, taki to i taki, i przyklejona fotografia, od razu było widać, że fałszywe, ale czy w nagłym lęku widzi się, co wycięte z jakiegoś dowodu, a co prawdziwe, przyklejone urzędowo?

Mężczyzna powiedział, że musi sprawdzić, czy Kasia bierze narkotyki i dlatego on zabiera ją na przesłuchanie do komendy. Wyglądał przyzwoicie. Judith Herman, amerykańska terapeutka, pisze, że ich tragiczną cechą szczególną jest to, że niczym szczególnym się nie wyróżniają. Wzrost - którego dziecko nie powinno się bać. Ani bardzo wysoki, ani bardzo niski. Twarz poczciwa, oczy - nijakie. Z brodą. Jak Rumcajs. Kasia poszła.

Jak już było po wszystkim, podniosła się z ziemi i zaczęła szukać reklamówki z włoszczyzną. Nie bardzo rozumiała, co jej ten pan robił. Bolało. Płakała. Ale nie mogła przecież zgubić tej reklamówki, bo jak mama miała ugotować bez niej zupę?

On i matka Kasi minęli się na korytarzu sądowym. Plunęła. Nie wytarł. Uśmiechnął się. Widzi jego twarz. Każdego dnia. Nie może pozbyć się tego widoku. Ataki padaczki wróciły. Wszystko się zmarnowało, cofnęło. Lekarstwa, jeżdżenie do specjalistów.

Kasia nie boi się wychodzić z domu, w końcu minęło kilkanaście lat od zdarzenia w lesie. A matka już nie umiera ze strachu, że ona natychmiast nie wraca. Skończyła handlówkę. Ataki w końcu ustały. Ale nigdy nie poszła do pracy. Nigdy nie miała chłopaka. Nie była na randce. Nikt prócz matki jej nie całował. Siedzi przy komputerze. Czyta. Bardzo pięknie sprząta mieszkanie. Ma 31 lat. Matka nie traci nadziei, że może pomału, pomalutku...

Stan przedleśny

Zawsze prowadził je na zgwałcenie do lasu. Wybierał miejscowości przyleśne albo takie, żeby do pierwszych drzew nie było dalej niż pół kilometra, kilometr. Nie wchodził głęboko, stawał z dziewczynką prawie na skraju. W zimne dni, kiedy do lasu nie chodzi się bez potrzeby.

Konkubina, dla której zostawił żonę, powiedziała mu, że w lesie miała z nim bardzo dobry seks, ale tylko raz, właśnie wtedy w lesie. Żona nigdy nie mówiła, że seks jest zły albo dobry. Poznał ją w więzieniu. Odwiedzała ojca. Ireneusz też siedział już kolejny raz, przeważnie za kradzież z włamaniem. Szczupła, dziecinna. Tylko w takich gustował. Młodsza o cztery lata. Kobieta powinna być młodsza. Jego matka była starsza od ojca o 9 lat. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego ojciec się z nią ożenił. Miękki, ugodowy, właściwie pantoflarz. A matka twarda. Ona była i głową, i szyją w rodzinie. Nie spali w jednym łóżku - też go to dziwiło. Ale dzieci urodziło się kilkoro.

Żona nie była ani głową, ani szyją, ugodowa. On raz siedział, raz pracował, różnie. Przeżyli prawie 10 lat. Urodziła mu syna. Stała się zbyt stara. Kobieta traci powab z upływem czasu. Konkubina, dla której zostawił żonę, była od niego młodsza o dziewięć lat, szczupła, dziecinna. Urodziła dwoje dzieci, ale szczerze wyznała, że to nie jego. Że go zdradza, bo on do seksu się nie nadaje. Tyci, tyci. Raz w nocy obudził się i zobaczył, że ona leżąc obok niego w łóżku używa marchwi w prezerwatywie.

Konkubinę zostawił i jeszcze raz się ożenił. Drugą żonę też poznał w więzieniu. Zdradzała go na prawo i lewo. Wcale się z tym nie kryła, mówiła, że do niczego jest jako chłop. Szybko się rozstali. Pierwsza żona - teraz już wiedział, że lata z nią spędzone to był w jego życiu jedyny szczęśliwy czas - rozwiodła się, zabrała syna i wyjechała do rodziny gdzieś do Kanady. Nie mają z sobą kontaktu.

W dwa miesiące po odkryciu historii z marchwią zaprowadził pierwszą dziewczynkę do lasu. Bywały nawet całe miesiące spokoju. Cieszył się, że może to, co go napada, więcej nie wróci. Napisał list do tygodnika, który miał rubrykę o zdrowiu, jak się z tego leczyć. Odpisali, że ma zgłosić się do lekarza! O tym wie i bez nich. Boi się iść do lekarza. Chciałby wyleczyć się sam. Napadało zawsze w taki sam sposób. Najpierw wewnętrzny niepokój, rozbicie, ból głowy, bezsenność: stan przedleśny. A potem pragnienie nie do odparcia. Rodzaj przymusu. Jak u pijaka, który musi się napić, bo czuje, że inaczej zwariuje. Chyba następna po Kasi zaczęła krwawić. Nie powiedziała rodzicom, ale sama poszła do lekarza. Lekarz zapytał, kto ją tak urządził, że jest tam pokaleczona. Zadzwonił do rodziców. Rodzice na policję.

W szpitalu psychiatrycznym, dokąd go posłali na obserwację - chory czy nie, poczytalny czy nie - prosił lekarzy, żeby coś mu zrobili, bo sam nie da z tym rady. Był miły i chętnie z lekarzami współpracował. Mieli nadzieję, że terapia się powiedzie. Wyszedł na spacer do ogrodu. Mur szpitalny był niski, można było go przeskoczyć bez trudu. Spokojnie pojechał do domu matki i brata. Nikt go nie szukał. Policja nie wpadła na pomysł, żeby sprawdzić, czy ukrywa się pod swoim adresem. Co innego, gdyby kogoś zabił, ale gwałt? Czy to wiadomo, kiedy gwałt, a kiedy zażalenie mściwej panny? - Iruś! - krzyczała jego matka na rozprawie przed wydaniem wyroku. - Iruś, to dziwki są, same za tobą szły. Żadnej nie trzymał za ręce, kiedy szli ulicami na zgwałcenie. Później już na odludnych albo z ludźmi nielicznymi mocno chwytał je za ramiona. Ale nie zawsze. I tak by nie uciekały.

Gazela, która ucieka przed drapieżnikiem, w pewnej chwili nieruchomieje porażona strachem. Psycholog z Centrum Kryzysowego w Krakowie mówi, że to rodzaj odrętwienia. Przypomina sobie dziewczynę, którą drapieżca prowadził na zgwałcenie przez cały ludny rynek w miasteczku. Nie uciekała, nie krzyczała. Na tym polega syndrom bazyliszka.

MEN chce posyłać maluchy do szkół. A może warto zapytać, co z naszymi przedszkolami?



Oziębłe

Ireneusz K. zawsze wybierał nieomylnie - z biednych domów, z licznych rodzeństw. Albo dziewczynki ze szkoły specjalnej z miłym wyglądem, ładniutkie i często wcale nie upośledzone, ale z wielkimi zaległościami w nauce od zaniedbań domowych i z tego powodu upchane w szkole specjalnej dla wygody nauczycieli z normalnych klas. Zawsze bezbronne. Może wyczuwał je przez skórę, nauczył się przez tyle lat gwałcenia.

Jeśli chodzi o Frankę, Ireneusz K. też wyczuł, że ona jest z domu dziecka i że nikt za nią nie stoi. Podszedł. Wyciągnął legitymację. Policja. Dzieci z biduli boją się policji. Z nią nie wygrasz, kiedy chce sprawdzić, czy zażywasz narkotyki. Franka poszła.

Podziel się