Opozycja na Białorusi grzmi: to nie były uczciwe wybory

Jeden z przywódców białoruskiej opozycji Anatolij Labiedźka powiedział, że podczas dzisiejszych wyborów parlamentarnych doszło do takich samych nadużyć jak w trakcie poprzednich. Z nieoficjalnych danych wynika, że żaden ze znanych polityków opozycji nie uzyskał mandatu do parlamentu.
Labiedźka - który jest szefem opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej - sądzi jednak, że kilku kandydatów opozycji może wejść do parlamentu.

Wybory są ważne, frekwencja wyniosła od 60 do 80 proc.



Takie postępowanie to łamanie prawa

Anatolij Labiedźka ujawnił, że mężów zaufania ugrupowań opozycyjnych nie dopuszczono do liczenia głosów i grożono im milicją. W jednym z lokali wyborczych zamieniono protokoły głosowania, co - jak podkreślił opozycjonista - jest przestępstwem. Polityk dodał, że w lokalach, w których podliczono już głosy, nie ma żadnej informacji o wynikach głosowania ani o frekwencji. Informacji na ten temat nie udzielono nawet ambasadorom Włoch i Litwy.

Komentując niedawne uwolnienie białoruskich więźniów politycznych, Anatolij Labieźka powiedział, że "władze w Mińsku robią jeden krok do przodu, a drugi do tyłu".

Optymistycznym aspektem sytuacji jest jednak to, że do nowego parlamentu może wejść kilku przedstawicieli opozycji. Z drugiej jednak strony może to oznaczać, że to prezydent Aleksander Łukaszenka wyznacza, kto ma się dostać do parlamentu - co nie ma nic wspólnego z demokracją.

Labiedźka wyraził obawę, że wybory prezydenckie, które mają się odbyć za 3 lata, też nie będą demokratyczne.

Łukaszenka słabnie

Polityk powiedział jednak, że choć prezydent Łukaszenka nie chce oddać władzy, to jego pozycja uległa osłabieniu.

Łukaszenka wątpi w sukces wyborczy opozycji, ale go nie wyklucza



Zdaniem Labiedźki świadczy o tym fakt, że prezydent obawia się dopuszczenia opozycji do procedur wyborczych. W tej sytuacji przeciwnicy prezydenta powinni kontynuować współpracę, wzmocnić swą pozycję polityczną i zacząć przygotowania do wyborów prezydenckich. Labiedźka dodał, że na razie nie trzeba myśleć o wspólnym kandydacie na prezydenta, ale o wzmocnieniu organizacyjnym opozycji.

Władze się cieszą z demokracji, opozycja prostestuje

Po zamknięciu lokali wyborczych około 300 osób zaczęło demonstrację w Mińsku przed biurem informacyjnym białoruskiej Centralnej Komisji Wyborczej.

Na Plac Październikowy przyszli głównie młodzi zwolennicy Białoruskiego Frontu Narodowego. Opozycjoniści domagają się uznania wyników głosowania za sfałszowane i rozpisania nowych wyborów.

Zwolennicy opozycji przynieśli ze sobą transparenty z hasłami: "Uczciwym wyborom TAK, fałszerstwom NIE", "Łukaszenka - ostatni dyktator Europy" czy "Miejsce dyktatury jest na śmietniku historii". Nad tłumem demonstrantów powiewają również niebieskie flagi Unii Europejskiej.

Na Placu Październikowym praktycznie nie widać funkcjonariuszy milicji. Nieliczne patrole spacerują jedynie obok wejścia do biura informacyjnego Centralnej Komisji Wyborczej.



Obecny wśród demonstrantów lider opozycji Aleksander Milinkiewicz uważał, że to dobry moment na zmianę nastroju politycznego na Białorusi. Niedawno uwolniony z więzienia były kandydat na prezydenta Białorusi Aleksander Kazulin powiedział zaś Polskiemu Radiu, że "Białorusini powinni się zastanowić, czy w kraju w ogóle odbyły się jakieś wybory".



Podczas wyborów na Białorusi doszło do licznych nadużyć - poinformował redaktor naczelny "Głosu znad Niemna" Igor Bancer. Podkreślił, że przebieg głosowania stawia pod znakiem zapytania proces demokratyzacji w tym kraju.

Igor Bancer powiedział, że niezależni obserwatorzy nie byli dopuszczani do podliczania głosów. Zdarzały sie nawet przypadki, że z komisji wyborczych wydalani byli obserwatorzy międzynarodowi. Zdaniem Igora Bancera największe nadużycia miały miejsce podczas przedterminowego głosowania. Ludzie byli wówczas zmuszani do głosowania. Igor Bancer podkreślił, że odmiawiano nawet opieki medycznej pacjentom szpitala, którzy nie wzięliby udziału w wyborach.

W opinii Igora Bancera na sytuację polityczną na Białorusi będzie miała wpływ reakcja Zachodu na niedemokratyczny przebieg wyborów i przyjęcia tej reakcji przez prezydenta Łukaszenkę. Igor Bancer przypomniał, że w wywiadach dla zachodniej prasy prezydent Białorusi groził zerwaniem stosunków z krajami, które nie uznają wyborów.