Juszczenko nie traci nadziei na powrót prozachodniej koalicji Czytaj
- Mamy jeszcze jedno wyzwanie dla demokracji. Szkoda, że znowu nie zrealizowaliśmy możliwości i nie wykorzystaliśmy szans - mówił Jaceniuk, ogłaszając rozpad sojuszu "pomarańczowych". Zgodnie z ukraińską konstytucją, jeśli w ciągu 30 dni w parlamencie nie powstanie nowa koalicja, prezydent Wiktor Juszczenko będzie miał prawo rozpisać przedterminowe wybory parlamentarne.
Dziewięć miesięcy istniała na Ukrainie "pomarańczowa koalicja". Dziś Blok Julii Tymoszenko i Nasza
Ukraina - Ludowa
Samoobrona wzajemnie obwiniają się o doprowadzenie do jej rozpadu.
Obaj uczestnicy koalicji zgadzają się w jednym: to ich polityczna siła robiła wszystko, aby ocalić sojusz, a oponenci starali się go rozbić. Iwan Kyrylenko z Bloku Julii Tymoszenko podkreślił, że koalicję niszczono od początku "9 miesięcy koalicji nie były dla nas miodem i niech Bóg będzie sędzią dla tych, którzy ją niszczyli od początku" - powiedział.
Wiaczesław Kyrylenko z Naszej Ukrainy twierdzi z kolei, że za wszystko odpowiada Blok Julii Tymoszenko, który chciał koalicji z Partią Regionów.
Lider Partii Regionów Wiktor Janukowycz podkreślił, że już w 2004 roku jego ugrupowanie ostrzegało przed "pomarańczowym obozem". - Uprzedzaliśmy, że pomarańczowi politycy manipulują pragnieniami narodu i wykorzystują obywateli do osiągnięcia własnych celów - zaznaczył.
Arsenij Jaceniuk nie ukrywał żalu z powodu rozpadu koalicji. Podkreślił jednak, że parlament musi dalej pracować. - Nie nazywałbym tego polityczną apokalipsą. Tak, to jeszcze jedno wyzwanie dla demokracji, ale mam nadzieję, że damy radę - powiedział przewodniczący parlamentu. Odpowiedzialnością za to, do czego doszło, obarczył samych koalicjantów. - To ten przypadek, kiedy nie byli w stanie pracować i nie wyszło - zaznaczył.
Julia Tymoszenko zapewniła, że mimo rozpadu koalicji, jej rząd będzie pracował normalnie. Występując na prezentacji budżetu na przyszły rok, premier zmarginalizowała wydarzenia w Radzie Najwyższej. Julia Tymoszenko nazwała je burzą w szklance wody. - Wiem, że sytuacja polityczna jest niespokojna. Wiem, że dziś odbyły się niezbyt sympatyczne wydarzenia. Chcę jednak państwa zapewnić, że rząd będzie pracował jeszcze długo i z sukcesami - przekonywała premier.
Koalicja Bloku Julii Tymoszenko i Naszej Ukrainy - Ludowej Samoobrony powstała pod koniec listopada ubiegłego roku. Liczyła 228 deputowanych w 450-osobowym parlamencie. Od początku rząd stworzony przez Julię Tymoszenko był przedmiotem krytyki ze strony Wiktora Juszczenki i jego bliskich współpracowników.
Pomarańczowi się straszyli, straszyli, aż spełnili groźby
Mała przewaga nad opozycją sprawiała, że koalicja nie była w stanie przyjąć prawie żadnej ustawy, a trybuna była blokowana zarówno przez Partię Regionów Janukowycza, jak i Blok Julii Tymoszenko. Sojusz został jeszcze bardziej osłabiony w czerwcu, kiedy z koalicji odeszło dwóch deputowanych związanych z prezydentem.
Ostatni konflikt rozpoczął się w połowie sierpnia. Wtedy zastępca szefa Kancelarii prezydenta oskarżył milczącą na temat konfliktu w Gruzji Tymoszenko o zdradę i spiskowanie z Rosją. - Moskwa obiecała jej pieniądze na kampanię przed zapowiedzianymi na początek 2010 r. wyborami prezydenckimi - mówił Andrij Kysłynski.
We wrześniu Blok Julii Tymoszenko i opozycyjna, prorosyjska
Partia Regionów przyjęły pakiet ustaw drastycznie ograniczających władzę prezydenta. Proprezydencka Nasza Ukraina wyszła wtedy z koalicji, której, mimo zapewnieniom polityków, nie dało się już uratować.
"Księżniczka" wybiera Moskwę